Rzadko używam tak mocnych określeń, ale tym razem to zrobię: rząd planuje bolszewicki domiar podatkowy. Czyli specjalny podatek w wysokości 50 proc. od marży zysku brutto ponad uśredniony wynik z trzech branych pod uwagę lat, który mają zapłacić firmy duże.

Jak to bywa z bolszewickimi pomysłami, ten jest również w swojej istocie bezsensowny. Pieniądze zebrane między innymi od firm energetycznych, będących w większości pod kontrolą państwa, mają sfinansować zamrożenie cen energii dla części odbiorców (nie ma wśród nich małych i średnich przedsiębiorców, którzy uginają się od rachunków za prąd). Czyli państwo, aby część odbiorców mogła płacić spółkom energetycznym niższe ceny za prąd, opodatkuje te właśnie spółki od ich nadzwyczajnych zysków wynikających z tego, że każą sobie one płacić krocie za prąd. Tak, to ma sens. Mniej więcej taki, jak socjalistyczne przekładanie kasy z kieszeni do kieszeni w głębokim PRL. Przy czym, jak wiadomo, herbata od mieszania słodsza się nie zrobi.

Propagandową bazą tego pomysłu jest domniemanie, że firmy, które były w stanie powiększyć teraz swój zysk, dorabiają się na specyficznych warunkach wojennych. Tylko że to hipoteza niczym nieuzasadniona

Lecz wiemy, że socjalistyczny rząd zamierza się zamachnąć nie tylko na „ponadnormatywne” zyski dużych firm państwowych. Zamierza wsadzić chciwą łapę do kieszeni wszystkim firmom, także prywatnym. I to jest w swojej istocie bolszewickie. Władza niespodziewanie, ze względu na własne problemy – bo przecież kwestia cen energii ją topi – wprowadza domiar podatkowy, całkiem jak w komunie. Przy czym firmy mają przecież swoje plany inwestycyjne, swoich udziałowców, którzy mają określone oczekiwania, są notowane na giełdzie. I nagle władza mówi: dość tego, za dobrze wam idzie, dawać tu kasę, bo grozi nam przegrana w wyborach!

Propagandową bazą tego pomysłu jest domniemanie, że firmy, które były w stanie powiększyć teraz swój zysk, dorabiają się na specyficznych warunkach wojennych. Tylko że to hipoteza niczym nieuzasadniona. Wśród przedsiębiorstw, których nowy podatek dosięgnie, mogą być takie, które udoskonaliły swój model biznesowy, zainwestowały w nowe technologie, zwiększyły wydajność – i dzięki temu osiągnęły wyższe zyski. Teraz zostaną za to ukarane.

W PRL przed zachłannością państwa uciekało się w kombinacje, to samo zresztą działo się w III RP. Teraz będzie się działo jeszcze bardziej – rozpocznie się klasyczna zabawa w kotka i myszkę. Firmy będą kombinować, żeby z liczbą pracowników zjechać poniżej 250 osób i z marżą – do średniej z poprzednich lat. Rząd będzie przepisy „uszczelniał” – i tak dookoła Wojtek.

A skoro można się dobrać do zysków firm ot tak, z zaskoczenia, to właściwie dlaczego nie mielibyśmy się spodziewać, że władzy w następnym kroku przyjdzie do głowy dobrać się do naszych prywatnych pieniędzy? Wyjdzie pan premier i oznajmi, że w Polsce jest wielu „bogaczy” (na początku swojej rządowej kariery Morawiecki za „bogacza” uznawał każdego, kto zarabiał powyżej 4 tys. zł), którzy mają oszczędności, a nie chcą się nimi podzielić. I cyk – okaże się, że musimy oddać państwu na przykład 50 proc. ze wszystkiego powyżej 100 tys. zł. Trzeba będzie tylko zrobić jakiś myk, żeby nie dotknęło to posłów, senatorów, ministrów i prorządowych dziennikarzy.

Łukasz Warzecha

Autor jest publicystą „Do Rzeczy”