Teresa Strzembosz, moja ciotka, przekonała prymasa Polski kardynała Stefana Wyszyńskiego, że jeśli Kościół chce w sposób wiarygodny i zrozumiały dla wiernych być przeciw aborcji, to musi pomagać samotnym matkom. Nie można zakazywać aborcji, a równocześnie potępiać i odrzucać kobiety, które decydują się na urodzenie dziecka. W ten sposób w 1958 powstał pierwszy Dom Samotnej Matki w Chyliczkach, noszący dziś imię założycielki.

Decyzja dla prymasa nie mogła być łatwa, bo przecież Kościół potępiał stosunki pozamałżeńskie i wedle ówczesnych opinii dom samotnej matki, w którym kobiety otrzymywały wszechstronną pomoc, był nagrodą za „niemoralne prowadzenie się”. Rzeczywiście dla wyrzucanych z domu za zajście w ciążę wiejskich dziewczyn pobyt w domu był szansą społecznego awansu, zdobycia wykształcenia, nauką samodzielności. Wyszyński rozumiał jednak, że Kościół przetrwa narzekania bigotów i zazdrośników, natomiast nie przetrwa hipokryzji.

Dzisiejsza władza ma gęby pełne chrześcijańskich frazesów, ale za zaostrzeniem przepisów aborcyjnych nie poszły żadne istotne instytucjonalne rozwiązania wspomagające matki i ich dzieci. A Kościół – aktywny adwokat zmiany prawa – także zdaje się nie interesować problemami społecznymi, jakie wywołuje nowa ustawa antyaborcyjna.

Warto przy tym dodać, że adwokatem zmiany była wyjątkowo szkodliwa społecznie instytucja, Ordo Iuris, najprawdopodobniej zresztą finansowana bezpośrednio z Kremla, w którego interesie jest jak najgłębszy konflikt społeczny w Polsce.

Zburzenie kompromisu aborcyjnego w oczywisty sposób musiało wywołać niepokoje społeczne. A bez działań osłonowych – także długofalowe konsekwencje. Obecnie 65 proc. Polek i Polaków popiera liberalizację aborcji do 12. tygodnia ciąży, co pozwoliło Donaldowi Tuskowi twardo zapowiedzieć złożenie takiej ustawy pierwszego dnia po wyborach. Inna sprawa, czy nowa koalicja rządząca będzie miała dość głosów, by ustawę przegłosować, a następnie obalić prezydenckie weto. Jesteśmy jednak niewątpliwie świadkami kolejnego etapu w sekularyzacji Polski.

Dwie trzecie obywateli ignoruje istotny fragment nauczania Kościoła m.in. dlatego, że tryb wprowadzenia zmiany i kompletny brak zainteresowania czymkolwiek, co pomagałoby kobietom nie podejmować dramatycznej decyzji o aborcji, świadczy o cynizmie i hipokryzji rządzących i tej części Kościoła, która coraz mocniej związana jest interesem finansowym i politycznym z obecnym obozem władzy. Niestety, w oglądzie społecznym jest to większość.

Ta zmiana stosunku do aborcji wydaje się już nieodwracalna, więc co można zrobić, by po wejściu takiego prawa aborcję ograniczać? Przede wszystkim to, co dawno już powinna zrobić obecna władza szastająca pieniędzmi w bezprecedensowy sposób. Uchwalić pakiet ustaw przeciwdziałających przyczynom licznych aborcji.

Rozbudować system żłobków i przedszkoli. Rozbudować i lepiej zorganizować służbę zdrowia zajmującą się dziećmi. Stworzyć osłony socjalne dla rodzin wychowujących chore dzieci. Wspierać samotne matki. Zreformować system emerytalny tak, żeby gwarantował kobietom, że lata poświęcone na wychowywanie dzieci nie skażą ich na biedę na starość. Oprócz urlopów macierzyńskich i tacierzyńskich stworzyć urlopy dla dziadków opiekujących się wnukami. A to tylko najbardziej oczywiste przykłady, wielokrotnie podnoszone wcześniej, bez żadnej reakcji rządzących.

Mogłoby się okazać, że taki pakiet jest dużo skuteczniejszą formą ograniczania aborcji niż tępe zakazy. Człowiek, mając realny wybór, a nie przymus, zazwyczaj zachowuje się racjonalnie i moralnie. Chyba że rządzący nie uważają, że kobieta to człowiek.

Dopóki jednak rządzący nie wywiążą się z tych obowiązków, które de facto przyjęli na siebie, zaostrzając prawo aborcyjne, dopóty ich głosy w debacie o aborcji są niewiarygodne. W państwie, które abdykuje z pomocy matkom i opieki nad dziećmi, decyzja musi pozostawać w rękach osoby, która zmuszona jest przez okoliczności wykazać się odpowiedzialnością – czyli w rękach kobiety.

Autor jest producentem filmowym i scenarzystą