15 sierpnia w całym kraju zamiast defilad zostały zorganizowane pikniki wojskowe, w trakcie których armia zachęcała młodych ludzi, aby wstąpili w jej szeregi. Bo najpoważniejszym wyzwaniem, jakie stoi dzisiaj przed Wojskiem Polskim, jest uzupełnienie kadrowe istniejących jednostek wojskowych i budowa nowych. Tym bardziej że szef resortu obrony Mariusz Błaszczak zapowiedział utworzenie dwóch nowych dywizji ogólnowojskowych, które mają być rozmieszczone „wzdłuż Wisły w centralnej Polsce”.

MON zakłada, że w przyszłości Polska będzie dysponowała co najmniej 250-tysięczną armią zawodową i 50-tysięczną obrony terytorialnej. W zamieszczonym w środę na łamach „Rz” wywiadzie minister Błaszczak mówił, że chce „doprowadzić do tego, by jak najwięcej osób było przeszkolonych, by było jak najszersze grono rezerwistów, którzy wiedzą, jak zachować się w sytuacji kryzysowej, którzy potrafią posługiwać się bronią”.

Czytaj więcej

Mariusz Błaszczak: Musimy być gotowi odstraszyć agresora

Mundury na wieszaki

Sęk w tym, że minister nie podaje szczegółów, kiedy zostanie zrealizowany ten plan. Teraz w sumie mamy wraz z WOT ok. 140 tys. wojskowych. Dla porównania w momencie rozpoczęcie wojny armia ukraińska liczyła ok. 250 tys. żołnierzy, teraz tego kraju może bronić nawet 700 tys. wojskowych. Ukraińcy szacują, że zaangażowanych w wojnę jest ok. 330 tys. Rosjan.

Gen. Stanisław Koziej, były szef BBN, w TVN 24 stwierdził, że „jeśli chcemy mieć 300-tysięczną armię, to trzeba na to przeznaczyć pieniądze. Tymczasem przeznaczamy na armię 3 proc. PKB, czyli o 1/3 zwiększamy wydatki, a armię chcemy zwiększyć dwukrotnie, to znaczy, że pogorszymy jakość w stosunku do obecnego stanu. Za 3 proc. PKB możemy utrzymywać na obecnym poziomie tylko armię 200-tysięczną”.

Ale to niejedyny problem. Pomimo intensywnej kampanii prowadzonej przez MON „Zostań żołnierzem Rzeczypospolitej” rzeczywista liczba żołnierzy zawodowych w 2021 r. wzrosła zaledwie o 3486 wojskowych i pod koniec roku wyniosła 113 586 żołnierzy. W ciągu całego roku do służby przyjęto 9651 żołnierzy (dla porównania w 2020 r. 7529). W tym samym czasie mundur zdjęło 6165 osób, o 965 więcej niż planowano (5200). To największa liczba odejść z wojska za rządów PiS. Spośród zwolnionych aż 1925 żołnierzy (31,2 proc.) nie nabyło uprawnień emerytalnych. W tej grupie zdecydowaną większość stanowili szeregowi.

Uziemione samoloty

Najwyższa Izba Kontroli w jednym z raportów bez ogródek stwierdza, że stan Marynarki Wojennej powoduje „utratę wyszkolonych załóg”. Szwankuje też szkolenie żołnierzy. Kompromitująco brzmią wyniki tegorocznej kontroli Izby przeprowadzonej w Lotniczej Akademii Wojskowej i 4. Skrzydle Lotnictwa Szkolnego z Dęblina. Z powodu braku maszyn – wycofania ze służby samolotów TS-11 Iskra – oraz faktu, że połowa samolotów szkolnych M 346 Bielik była niesprawna, absolwenci nie byli przygotowani do służby, a szkolenie w bazach było poważnie utrudnione. Zdaniem NIK ponad 40 proc. absolwentów kończących w latach 2019–2020 studia o specjalności pilot samolotu odrzutowego nigdy nie szkoliło się na takim samolocie.

Obecnie polska armia liczy ok 140 tys. żołnierzy

Obecnie polska armia liczy ok 140 tys. żołnierzy

Fotorzepa/ Dariusz Gorajski

NIK zwraca też uwagę na szkolenie rezerw. W poprzednim roku z powodu epidemii covidu udało się wezwać na ćwiczenia zaledwie 12,3 tys. rezerwistów. Tymczasem Sztab Generalny Wojska Polskiego planował doszkolić prawie 200 tys.. Armia boryka się też z brakiem pracowników cywilnych. Pod koniec poprzedniego roku zatrudnionych było 45 376 cywilów, tymczasem ustalony przez MON limit wynosił 47 388 stanowisk. Z danych MON wynika, że przeciętne uposażenie żołnierzy zawodowych wyniosło 6435,50 zł, a pracowników wojska – 5370,97 zł.

MON na razie unika przywrócenia poboru, stawia na ochotników. Ustawa o obronie ojczyzny wprowadziła dobrowolną roczną zasadniczą służbę wojskową. Armia obiecuje m.in., że żołnierz tej służby nie będzie mógł być w trakcie rocznego szkolenia zwolniony z pracy, a po jej zakończeniu i przejściu do rezerwy – będzie mógł skorzystać z preferencji przy zatrudnieniu w administracji, a okres służby wliczony zostanie do okresu zatrudnienia w rozumieniu przepisów prawa pracy. Osoba odbywająca taką służbę otrzymuje 4560 zł brutto. Minister Błaszczak mówi w „Rz”, że „tylko w cztery miesiące” armia otrzymała 10 tys. zgłoszeń i 2,7 tys. osób jest już po szkoleniach. Tyle że ta garstka nie zapełnia wyrwy, która powstała po tych, którzy szeregi armii opuścili.

Wielkie zakupy

W planach MON oprócz budowy nowych jednostek jest też zakup nowego uzbrojenia, które musi być obsługiwane przez wojskowych specjalistów. Mowa m.in. o zakupie śmigłowców, samolotów wielozadaniowych F-35, a także amerykańskich czołgów Abrams. Tylko ten ostatni kontrakt, obejmujący pozyskanie 250 czołgów wraz z zabezpieczeniem logistycznym i pakietem szkoleniowym oraz zapasem amunicji, wart jest ok. 4,75 mld dol., czyli ponad 21 mld zł. Z danych MON wynika, że powstanie nowej „żelaznej dywizji” na wschodzie kraju to w ciągu dziesięciu lat koszt ok. 27 mld zł.

Unowocześnienie armii i zwiększenie liczby żołnierzy ma wynikać ze zwiększenia wydatków na obronę narodową. Mają one wzrosnąć z 2,3 proc. PKB w tym roku do 3 proc. PKB w roku następnym. Z badań przeprowadzonych przez IBRiS na zlecenie „Rzeczpospolitej” wynika, że zwiększenie wydatków na zbrojenia popiera 76,7 proc. badanych. W tym roku na obronę narodową zaplanowano ok. 58 mld zł (ok. 12,3 mld euro). Zatem w przyszłym roku można szacować przyrost w budżecie MON nawet o 30 mld zł. Udział wydatków majątkowych (na broń, sprzęt, infrastrukturę) ma wynosić co najmniej 20 proc. – zakłada resort obrony. Wprowadzona na wiosnę ustawa o obronie ojczyzny zakłada zmianę sposobu finansowania wojska. Poza wydatkami budżetowymi wojsko ma być dofinansowane z tzw. Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych, który ma być zasilany m.in. pieniędzmi ze sprzedaży obligacji emitowanych przez BGK. Minister Błaszczak mówi, że do 2035 r. na zbrojenia z budżetu państwa pójdą 524 mld zł. Oby.

Po zwiększeniu wydatków na armię Polska znajdzie się w czołówce krajów, które przeznaczają znaczne środki na ten cel. Będzie wydawała mniej więcej tyle, ile w 2020 r. dawały na armię Hiszpania lub Turcja. Z rankingu SIPRI – szwedzkiego Instytutu Badań nad Pokojem – wynika, że dwa lata temu Polska zajmowała 19. miejsce na świecie pod względem wydatków na zbrojenia. Na podium znalazły się USA, Chiny i Indie.

Siła sojuszników

Dzisiaj największym dobrodziejem polskiej armii są sojusznicy, którzy łatają dziury w naszym uzbrojeniu. I dobrze, że minister Błaszczak podkreśla ich rolę. Po wybuchu wojny w Ukrainie Amerykanie przenieśli do Europy m.in. brygadę pancerną (do Niemiec), brygadę powietrznodesantową do Polski (stacjonuje m.in. w Rzeszowie), z elementami kierowania i dowodzenia, batalion artylerii rakietowej HIMARS, samoloty myśliwskie (w tym F-35, F-22 Raptor), samoloty tankowania powietrznego i walki radioelektronicznej. Polskie niebo zostało objęte szczególnym nadzorem ze strony państw sojuszniczych.

76,7 proc.

ankietowanych Polaków popiera zwiększenie wydatków na zbrojenia.

Efektem szczytu NATO w Madrycie jest zaś umieszczenie w Poznaniu na stałe dowództwa V Korpusu wojsk USA – nazywanego Camp Kościuszko. Działania NATO po 24 lutego spowodowały, że liczba żołnierzy USA w Europie wzrosła do ponad 100 tys. Dodatkowo zmieniło się rozmieszczenie części sił stacjonujących na stałe w Europie.

Z danych NATO wynika, że w tej chwili w Polsce stacjonuje 11,6 tys. żołnierzy sojuszniczych. Poza Amerykanami to Brytyjczycy, Chorwaci, Rumuni. Ich liczba w ciągu kilku miesięcy podwoiła się. Co istotne, żołnierze z tych krajów uczestniczą we wspólnych ćwiczeniach z naszymi, polscy żołnierze mają okazję poznać sprzęt dotychczas im nieznany, a dowódcy szansę nabycia unikalnych doświadczeń.