Gdy Tewje Mleczarz śpiewa w „Skrzypku na dachu” o swoim marzeniu – „gdybym był bogaty”, wszyscy czujemy do niego sympatię, bo wiemy, że nigdy to się nie stanie. A nawet jeśli kiedyś bohater słynnego filmu i musicalu wyjechałby do Ameryki z małej wioski na Ukrainie, to też gwarancji bogactwa by nie otrzymał. Gdyby jednak udała mu się ta sztuka, to zawdzięczałby to prawdopodobnie własnym zdolnościom i ciężkiej pracy. Może właśnie dlatego tak nas oburza, jeśli czyjeś bogactwo wprost, otwarcie i bez żenady pochodzi z układu politycznego.

Efekty ciężkiej dziennikarskiej pracy Bianki Mikołajewskiej z portalu wp.pl są porażające: 122 „ludzi dobrej zmiany" zarobiło w spółkach Skarbu Państwa 267 mln zł. 66 osób zostało milionerami, z czego spora grupa osiągnęła ponad 10 milionów albo niewiele mniej. Wyliczenia są ostrożne – autorka nie dolicza spodziewanych premii ani zarobków za obecny rok, nieujętych jeszcze w oficjalnych sprawozdaniach.

Z politycznego punktu widzenia istotne są dwie kwestie: dlaczego tak silne wpływy w „klubie milionerów” ma Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry i dlaczego owi milionerzy tak niewiele (przynajmniej oficjalnie) wpłacają na partyjny fundusz wyborczy, mimo że wszyscy byli radnymi albo posłami, albo ministrami, więc powinni wiedzieć, że kampanie wyborcze są kosztowne. Czarna niewdzięczność. Na szczęście są inne sposoby na zasilenie politycznego pracodawcy niż bezpośrednie wpłaty.

PiS, broniąc się przed zarzutami o polityczną korupcję, wygłasza ogólnie znane twierdzenia, że fachowców trzeba dobrze wynagradzać, bo inaczej „upomni się o nich wolny rynek”. Nie wiem, ile wielkich korporacji chciałoby zatrudnić np. byłego wiceministra i posła Solidarnej Polski Janusza Kowalskiego, który zarobił skromne 2,5 miliona w PGiNG, KGHM i Poczcie Polskiej. Być może dowiemy się po wyborach.

PiS przed przejęciem władzy ostro piętnował PO za umieszczanie swoich ludzi w zarządach spółek Skarbu Państwa. Jako opozycja śledził polityczne nominacje i grzmiał z trybuny sejmowej o skromności, umiarze i ciężkiej pracy. Dobrze poznał mechanizmy funkcjonowania państwa, a nauka nie poszła w las – skalą wypłat od 2015 roku przebił poprzedników wielokrotnie. Zjawisko zresztą jest znacznie szersze: nie chodzi tylko o byłych polityków, ale także, o ich rodziny i setki osób związanych z PiS, partyjnymi think tankami czy mediami, które za dotknięciem czarodziejskiej różdżki prezesa zostały specjalistami od zarządzania, marketingu czy biznesowych strategii.

Ten model funkcjonuje od lat. Nikt się z nim specjalnie nie kryje, bo takie praktyki mieszczą się swobodnie w lukach prawnych, których jakoś legislatorom nie udaje się pozaszywać. Tak, jak w przypadku uchwalonej przez Sejm w 2019 roku ustawy o jawności majątku rodzin polityków, którą prezydent Duda wysłał do Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej. TK gorliwie uznał ją (przy trzech głosach odrębnych) za niekonstytucyjną.

Opozycja obiecuje, że po wyborach rozliczy partię rządzącą i obali układ. Ale można mieć wrażenie déjà vu. To wszystko już było. A bestia urosła i ma coraz więcej głodnych dzieci. I to opozycja musi teraz odpowiedzieć na pytanie, jak przekonać wyborców, że naprawdę coś zrobi. Bo same dobrze znane zaklęcia już nie wystarczą.