Przed czterema laty napisałem dla „Rzeczpospolitej” tekst „Rewolucja aspirantów”. Opisywał on zmiany wprowadzane przez PiS w imię tych, którzy w III RP zajęli pozycje niezgodne z ich mniemaniem o sobie. Tym tłumaczyłem skuteczność i trwałość „pisowskiej rewolucji”. Druga kadencja Zjednoczonej Prawicy potwierdziła prawdziwość postawionej wówczas tezy. Warto zatem przyjrzeć się bliżej temu mechanizmowi.
Jarosław Kaczyński dał szansę osobom trzecio- i czwartorzędnym objęcia pierwszoplanowych stanowisk państwowych i biznesowych, za co rewanżują się mu dozgonną wdzięcznością. Oni i ich rodziny. Bez dania im tej szansy byliby tym, kim pozostawali, nim prezes PiS zwrócił na nich swą uwagę – nic nieznaczącymi postaciami życia politycznego, dziennikarskiego, samorządowego, biznesowego. Jednak dzięki związaniu się z PiS mogą dziś czerpać symboliczne oraz jak najbardziej realne profity ze sprawowania swych urzędów i synekur.
Czytaj więcej
PO może śmielej wejść na pole PiS i przełamać monopol na opowieść o polskiej transformacji.
Dlatego będą walczyć w imię Kaczyńskiego do ostatniego tchnienia, swego lub Rzeczypospolitej. Bez prezesa PiS bowiem, bez jego sukcesów, musieliby wrócić do swego poprzedniego życia – wójta Pcimia czy Brzeszcz, podrzędnego prawnika, redaktora niszowej gazety, prowincjonalnego nauczyciela.
Ludzie bez sukcesu
Weźmy kilka przykładów. Julia Przyłębska, magister prawa, jest dziś prezesem najważniejszego trybunału w kraju i może współkształtować polityczną i ustrojową rzeczywistość czwartego największego państwa Unii Europejskiej. Tuziny nieudacznych sędziów, którzy w poprzedniej rzeczywistości zatrudniani byli w sądach niższych instancji, dzięki rządom PiS sprawują obecnie najwyższe funkcje w KRS lub w stołecznych sądach, gdzie rozstawiają po kątach niegdysiejsze gwiazdy wymiaru sprawiedliwości.
Daniel Obajtek, wójt małej gminy, jest szefem największej spółki energetycznej w naszej części Starego Kontynentu. Tabuny dziennikarskopodobnych indywiduów, które przez lata błąkały się po prawicowych niszowych portalach i gazetkach, są dziś „panami redaktorami” mediów państwowych, z wynagrodzeniami sięgającymi kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie. Jan Pietrzak znów ma koncerty w Opolu, Jarosław Jachimowicz bryluje w telewizji państwowej, tak jak tabuny jemu podobnych. Profesorowie z nikłym dorobkiem naukowym brylują nie tylko w mediach, ale także we wszystkich ciałach, które na polecenie Ministerstwa Edukacji i Nauki określają kryteria oceny innych badaczy i instytucji naukowych.
Czytaj więcej
W walce o wyborcę liczy się dziś nie tylko internet.
Pisowskie państwo jest dziś zarządzane, nadzorowane, oceniane i opisywane przez ludzi, którzy po 1989 roku nie odnieśli sukcesu. Z małymi wyjątkami są to postacie trzecio- i czwartoplanowe, nie kompletni nieudacznicy, ale ci, którzy przez całe swoje życie uważali, że należy im się więcej i że zostali przez los (oraz elity III RP) potraktowani niesprawiedliwie. Że zasługiwali na więcej, ale spisek establishmentu PRL i nowej Polski uniemożliwił im wysoki lot i objęcie najwyższych pozycji – w świecie kultury, sztuki, polityki, biznesu, nauki. Od 2015 roku święcą jednak triumfy. Tych ludzi są setki tysięcy.
Pełne miseczki
I to oni, a nie zwykli wyborcy, stanowią najważniejszy bastion PiS. Bo elektorat może się partią rządzącą znudzić lub uznać, że inne ugrupowania dadzą mu to samo, a może nawet więcej. Ale te „tłuste koty” (by użyć sformułowania samego Kaczyńskiego) wiedzą, że tylko pod obecnymi rządami ich miseczki będą pełne, a po alternacji władzy wrócą do poprzednich egzystencji, które tak bardzo ich rozczarowywały. Dlatego będą walczyć najtwardziej i najbrutalniej o kolejną kadencję Zjednoczonej Prawicy, bo tylko w czasie jej trwania będą tym, kim są obecnie (czyli elitą finansowo-polityczno-społeczną), a po jej zakończeniu byliby tym, kim pozostawali przez długie lata – nieudacznikami śniącymi o lepszych czasach.
Czytaj więcej
Dzielona konfliktem pokoleniowym i zatargami osobistymi koalicja ma problem z własną tożsamością.
Opozycja ani przez chwilę nie powinna myśleć o możliwości przekonania do siebie tej grupy – może i byli „loserami” w poprzedniej epoce, ale potrafią liczyć, zwłaszcza pieniądze wpływające na ich konta. Powalczyć można (nawet trzeba) o sympatię wyborców PiS, ale nie o sympatię „nowej klasy”, by użyć zapomnianego nieco terminu Milovana Djilasa. Jej przedstawiciele pozostaną wierni Kaczyńskiemu do końca. To spostrzeżenie może być także pomocne już po ewentualnym pokonaniu PiS – polityka nowego rządu powinna być miękka wobec „dobrozmianowych” programów i wyborców, ale bezwzględna w stosunku do owej kasty.
Bo sprzeniewierzyła się ona podstawowym zasadom tworzenia ładu demokratycznego. Zamiast budować Czwartą Rzeczpospolitą, do czego miała prawo, stworzyła Rzeczpospolitą Czwartych.