Choć wydawałoby się, że nie ma dla Polski, ale też dla PiS, ważniejszej sprawy niż odblokowanie miliardów euro unijnych funduszy, od ponad trzech miesięcy Sejm nie był w stanie przegłosować przedstawionej przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawy likwidującej Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego (ID). A to właśnie od tego, czyli wykonania wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z sierpnia 2021 r., zależy odblokowanie Krajowego Planu Odbudowy (KPO) oraz uruchomienie środków z siedmioletniego budżetu, czyli razem 770 mld zł, którymi PiS chwalił się już półtora roku temu, a które przydałyby się partii rządzącej, by szykować się do walki z negatywnymi zjawiskami gospodarczymi.

I właśnie ta trzymiesięczna zwłoka najlepiej pokazuje impas, w jakim znalazł się obóz rządzący. Z jednej strony negocjował z Brukselą warunki odblokowania KPO, ale też szerzej – tzw. umowy ramowej na uruchomienie wieloletniego budżetu. Z pomocą przyszedł tu prezydent Andrzej Duda, który w porozumieniu z premierem Mateuszem Morawieckim przygotował ustawę likwidującą ID i wynegocjował w Brukseli, że jej przyjęcie w zaproponowanym przez niego kształcie da pretekst Komisji do ogłoszenia przełomu. Prezydent negocjował tę sprawę osobiście z Ursulą von der Leyen, ale też przez pośredników z czeską komisarz Věrą Jourovą, odpowiedzialną za kwestie praworządności.

Czytaj więcej

Zuzanna Dąbrowska: Prezes NBP albo Izba Dyscyplinarna

Tyle tylko, że zaangażowanie prezydenta – to dzięki jego inicjatywie zielone światło na likwidację ID dać miał sam Jarosław Kaczyński, rozumiejąc powagę sytuacji w obliczu rosyjskiej agresji na Ukrainę – nie zmieniało sejmowej arytmetyki. A prezes PiS nie miał wystarczająco dużo głosów, by zlikwidować Izbę bez poparcia Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry, który stanowczo się sprzeciwiał jakimkolwiek ustępstwom na rzecz Brukseli. Stawiał też zaporowe warunki – chciał poprawek, które wybijałyby ustawie zęby, a przez to zrywały porozumienie z Komisją Europejską. Równocześnie Kaczyński nie chciał kasować ID z pomocą głosów opozycji – choć gotowe było na to PSL pod warunkiem przyjęcia jego poprawek.

Pat trwa już kilkanaście tygodni, choć politycy PiS mają nadzieję, że na obecnym posiedzeniu Sejmu dojdzie do przełomu. Problem w tym, że w środę znów doszło do konfrontacji – podczas gdy Solidarna Polska walczyła o swe poprawki na sejmowej komisji, upadały one w kolejnych głosowaniach. Ostatecznie prace przerwano, licząc, że sytuacja wyklaruje się na wieczornym spotkaniu klubu PiS. Wcześniej ustami wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego straszono wszystkich buntowników skreśleniem z list przed najbliższymi wyborami.

Ale Ziobro ma też w tej rozgrywce nie najgorsze karty, skoro Kaczyński nie chce iść z opozycją, a rządy mniejszościowe byłyby dla niego katorgą, zaś przyspieszone wybory wielką niewiadomą. Dalsza zwłoka w pracach nad projektem prezydenckim mogłaby przekonać wyborców, że Jarosława Kaczyńskiego trwale dotknęła choroba, którą przypisywał wcześniejszym rządom III RP – imposybilizm. W kontekście niepewnej sytuacji na Wschodzie, inflacji, rosnących stóp procentowych itd. choroba ta może okazać się dla PiS śmiertelna.