Ostatni zeszyt „Kwartalnika Historycznego" niemal w całości wypełnia ankieta. Kilkudziesięciu historyków zapytano o opinię na temat stanu naszej dyscypliny w ostatnim trzydziestoleciu i jej widoków na przyszłość. Oczywistym punktem wyjścia ankiety był polityczny przełom 1989 roku, który zbiegł się z inną zmianą, równie fundamentalną, ale o zupełnie innym charakterze. To „zmiana warty" w polskiej historiografii. W niezbyt długim czasie odeszła cała plejada znakomitych historyków, będących mentorami dla swoich młodszych koleżanek i kolegów. Od Mariana Małowista i Witolda Kuli po Aleksandra Gieysztora i Antoniego Mączaka, a później między innymi Andrzeja Wyczańskiego i Jerzego Jedlickiego, ze sceny zeszli historycy nie tylko znakomici, ale także w pełnym tego słowa znaczeniu międzynarodowi. Badacze, którzy równie swobodnie obracali się w różnych kulturach akademickich, tacy, o których nikt nigdy nie powiedziałby, że „reprezentują polską naukę", ponieważ zawsze i w każdym języku przemawiali własnym głosem.

Włodzimierz Borodziej, choć młodszy od nich o całe pokolenie, miał tę samą umiejętność. Być może po części już ze względu na nietypową socjalizację. Młodość spędził w lepszym świecie. Dorastał i zdał maturę w Wiedniu i ten pobyt odcisnął na nim ślad. Nie tylko czuł się tam wyraźnie u siebie. Jakąś cząstkę tej kultury i elegancji zachował na stałe. Gdybym chciał ująć ją w jednym słowie, byłaby to światowość. Zupełnie niewymuszona i naturalna, łączyła się z inteligencją, wiedzą i ambicją.

Ukończył studia historyczne na Uniwersytecie Warszawskim w 1979 roku i z tą uczelnią pozostał związany aż do śmierci, w latach 1999–2002 piastując godność prorektora, oczywiście do spraw kontaktów międzynarodowych. Jedyna przerwa, dłuższa niż pobyt na gościnnych wykładach za granicą, to lata 1991–1994, kiedy Borodziej pracował jako dyrektor generalny w Kancelarii Sejmu. Wszystkie inne zobowiązania potrafił łączyć z prowadzeniem zajęć, co zawsze traktował jako sprawę najwyższej wagi. Tych pobocznych zatrudnień z czasem przybywało, a niektóre przynosiły mu nie tylko satysfakcję, ale także czyniły go obiektem ataków. Był sekretarzem, a następnie długoletnim współprzewodniczącym Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej, a także przewodniczącym rady naukowej Domu Historii Europejskiej w Brukseli i kilku innych instytucji. Dla niego samego najważniejsze – poza uniwersytetem – były chyba kierowanie redakcją Polskich Dokumentów Dyplomatycznych, wydawnictwa fundamentalnego dla historii najnowszej oraz Imre Kertész Kolleg, jenajskiego instytutu, przez który w ciągu ostatniej dekady przewinęło się kilkudziesięcioro badaczy dziejów Europy Środkowo-Wschodniej. Wraz z Joachimem von Puttkamerem udało mu się stworzyć inspirujące połączenie instytucji badawczej i forum dyskusyjnego, służącego, jakżeby inaczej, międzynarodowej współpracy.

Jako historyk Borodziej nigdy nie bał się tematów drażliwych. W wydanej w 1985 roku książce „Terror i polityka" (po niemiecku ukazała się w 1999 r.) pisał o tym, jak skromnymi siłami Niemcy utrzymywali swoją kontrolę nad Generalnym Gubernatorstwem. Jego następna książka o polskiej polityce zagranicznej bezpośrednio po II wojnie światowej nie mogła wyjść w kraju, ukazała się więc w londyńskim Aneksie. W latach 90. zajął się powojennymi wypędzeniami Niemców, patronując wraz z Hansem Lembergiem kilkutomowemu wydawnictwu źródeł z polskich archiwów. Równocześnie był przewodnikiem po polskiej historii dla zainteresowanych nią obcokrajowców. Jego książki o powstaniu warszawskim, I wojnie światowej w Europie Środkowo-Wschodniej i historii Polski w XX wieku ukazały się w kilku językach, niektóre z nich wciąż czekają na polskie wydanie.

Zajmował się sprawami ważnymi, a przede wszystkim ludźmi. Pamiętał o swoich studentkach i studentach, interesowało go nie tylko, co czytają i piszą, ale także z czego żyją. Otwierał im oczy na świat i drzwi do kariery, ale równie często wysyłał do archiwów. Nie gryzł się w język, otwarcie mówiąc, co myśli o historii i polityce. Krytykował autorytarne pomysły władzy, piętnował prowincjonalizm i głupotę jej działań na polu „polityki historycznej", bronił Muzeum II Wojny Światowej przed wrogim przejęciem przez PiS, ale także reformy Gowina przed krytyką koleżanek i kolegów humanistów. Zawsze we własnym imieniu, stanowczo i elegancko.

Kiedy dwa lata temu odebrał jedną z nagród historycznych, napisał krótkie przesłanie do historyków następnego pokolenia, życząc nam intelektualnej i cywilnej odwagi: „Wyrosłem w cieniu Aleksandra Gieysztora, młodszych o pół pokolenia Antoniego Mączaka, Henryka Samsonowicza, Janusza Tazbira, o całe pokolenie – Stefana Mellera. Miałem do czego aspirować. Dziś należę do pokolenia 60+, które swoje zrobiło i powoli odchodzi". Wciąż trudno mi uwierzyć, że to nie jest tylko przerwa na papierosa.