[wyimek][b][link=http://blog.rp.pl/blog/2010/06/15/mariusz-ziomecki-kim-jest-dzis-jaroslaw-kaczynski/]Skomentuj[/link][/b][/wyimek]

Jarosław Kaczyński dramatycznie zmniejsza dystans, jaki początkowo dzielił go w sondażach od teoretycznie „bezpiecznego” kandydata namaszczonego przez rządzącą PO. Gołym okiem widać, że to jego kampania ma dziś największy impet i energię, to jego sztab wydaje się bardziej sprawny, entuzjastyczny i w lepszej synchronizacji z nastrojami elektoratu. To zwolennicy PiS, nie PO, odczuwają większy głód sukcesu, pracują najofiarniej na rzecz swojego kandydata.

[srodtytul] Powrót Nixona [/srodtytul]

Skoro tak, to kluczowe, wręcz palące dla obywateli, staje się pytanie, jakie unosi się nad Polską już od tragedii smoleńskiej: kim jest dziś Jarosław Kaczyński?

Czy osobiste tragedie zmieniły polityka, który dla wielu Polaków był symbolem wojen na górze, agresywnej retoryki i dzielenia obywateli na złych i dobrych? Czy jego deklaracje, zaskakujące zarówno szerszą opinię, jak i szeregi własnych zwolenników, o zmianie priorytetów i sposobu uprawiania przez PiS polityki, potwierdzi praktyka? Czy pospiesznie budowany nowy wizerunek Jarosława Kaczyńskiego jako lidera stonowanego, nieodpowiadającego na zaczepki, stojącego ponad partyjnymi bijatykami, osadzony jest w rzeczywistości?

W nowożytnej historii nie brak przykładów polityków, którzy z różnych względów, zwykle w rezultacie kompromitujących afer albo nauczek udzielanych przez wyborców, decydowali się zmienić wizerunek. Najbardziej pouczający dla naszej analizy wydaje mi się przypadek Richarda Nixona, który po błyskotliwym starcie politycznej kariery w latach 50. przegrał rywalizację o prezydenturę z Johnem F. Kennedym, potem bez powodzenia kandydował na gubernatora Kalifornii, by wreszcie, rozgoryczony atakami mediów, rzucić politykę.

Jego powrót wydawał się niemożliwy, bo wizerunek Nixon miał katastrofalny: ponurego radykała i byłego pokerzysty, który w polityce grał nieczysto, co zyskało mu przydomek Tricky Dicky (Podstępny Rysiu). Wrócił jednak w 1968 jako gładki „Nowy Nixon”, ktoś, kto miał zmądrzeć i stać się bardziej umiarkowany. Wyborcy kupili to i w Białym Domu Nixon sprawdził się jako wybitny strateg w obszarze polityki zagranicznej. Jednak musiał ustąpić z urzędu jako pierwszy prezydent w historii Stanów po skandalu Watergate.

Okazało się, że Dicky wprawdzie wysnuł praktyczne wnioski z wcześniejszych porażek, jednak nie zmienił się pod względem charakteru. Jako „Nowy Nixon” nie wyzbył się ani paranoi, ani agresji wobec politycznych rywali. Nie przestał tworzyć list wrogów i nadużywać władzy. Na koniec to go zgubiło, a kraj wtrąciło w długotrwały kryzys.

[srodtytul] Chwalenie na kredyt [/srodtytul]

Moim zdaniem, możemy mieć do czynienia z podobnie powierzchowną zmianą. Na pewno nie szedłbym tak daleko jak np. Jacek Żakowski, który już pod koniec maja ogłosił, że przyjmuje polityczny zwrot Jarosława Kaczyńskiego za dobrą monetę i przeszedł gładko do następnego etapu – martwienia się, czy polityczna baza „starego PiS” podąży na jasną stronę mocy za swoim liderem. Artur Rubinstein miał wyznać Jerzemu Waldorffowi, że w Boga nie wierzy, ale gdyby istniał, to „jaką rozkoszną sprawi mi niespodziankę”.

Trawestując to, byłbym zachwycony, gdyby polityk o ciężarze gatunkowym szefa PiS przestał widzieć tylko spiski i dzielić ludzi. Jednak nadzieje na fundamentalny zwrot Prawa i Sprawiedliwości okażą się, moim zdaniem, iluzoryczne.

Swoje deklaracje Kaczyński składa w kontekście nietypowych wyborów, gdy „polityka miłości” wydaje się być wyjątkowo skuteczna w wabieniu wyborców umęczonych tragediami czarnej wiosny 2010. Pomaga też neutralizować potężny elektorat negatywny, jaki Kaczyński zgromadził przez lata działalności publicznej. Chwalenie go dziś na kredyt, „dla zachęty”, przypomina mi naiwne strategie publicystów z okresu komuny, kiedy próbowaliśmy wmawiać władzy, miotającej się między liberalizacją a przykręcaniem śruby, że chce tego samego co społeczeństwo i chytrze podsuwać jej demokratyczne rozwiązania; na końcu zawsze było rozczarowanie.

Zwolennicy teorii przełomu u Kaczyńskiego mają rację, rzecz jasna, gdy wskazują, że osobiste traumy nie spływają po ludziach jak woda po gęsi. Prawdą jest, że szef PiS dostał od losu ciosy zbyt druzgocące, by w prywatnym, ściśle ludzkim wymiarze, nie pozostawiły śladów w psychice. Pozostaje jednak kwestia, w którą stronę pójdą zmiany i jak to się przełoży na działalność publiczną poszkodowanego? Jednych utrata bliskich osób łagodzi, wycisza, u innych przeciwnie: buduje osady goryczy, pogłębiają napięcia, jakie dana osoba miewa w relacjach ze światem zewnętrznym. A charakter polityka, jak zauważyli dawno Anglosasi, jest jego przeznaczeniem.

[srodtytul] Prawica rzadziej zmienia poglądy [/srodtytul]

Obawiam się, że Jarosława Kaczyńskiego poniesione straty osłabiły, a nie zmieniły, na jakiś czas przynajmniej. Nie chodzi tu wyłącznie o kondycję psychologiczną. Bracia w polityce działali w tandemie, dzieląc się obowiązkami – czasem w sposób nieprzewidziany przez konstytucjonalistów, idący w poprzek pełnionych przez nich oficjalnie funkcji. Jarosław był strategiem również prezydenta, co wyszło na jaw w czasie unijnego szczytu, kiedy dopinano traktat nicejski. Z kolei Lech wydawał się być czymś w rodzaju szefa personalnego, z którego ocenami i intuicją liczył się Jarosław, decydując o nominacjach na stanowiska państwowe. Teraz, gdy tandem przestał istnieć, szef PiS pozbawiony został kilku ważnych atutów, które do politycznej spółki wnosił jego brat.

Fundamentalne zwroty oczywiście zdarzają się w polityce. Niedawna historia naszego kraju przyniosła i wolty komunistów, którzy w efekcie porozumień oddawali władzę, i nawrócenia totalitarnych funkcjonariuszy, którzy kończyli żywot jako dzielni dysydenci, ikony demokracji. Widzieliśmy masowe dezercje socjalistycznych ekonomistów na pozycje wolnorynkowe i metamorfozę pezetpeerowskiego działacza młodzieżowego w prezydenta lepszego niż Lech Wałęsa. Jednak to wszystko działo się w kontekście historycznych procesów o tektonicznym wręcz charakterze, zmiany poglądów o 180 stopni wymuszane były przez radykalne zmiany rzeczywistości politycznej i społecznej. Prawicowcy jednak rzadziej niż Lewica zmieniają poglądy w jakiejkolwiek sprawie, a Jarosław Kaczyński nie stoi w obliczu aż takiej presji.

Utracił władzę dość nagle i w upokarzających okolicznościach, ale po wycięciu wewnętrznej opozycji wciąż pewną ręką szefuje drugiemu pod względem siły ugrupowaniu politycznemu. Nie był ani nie jest aż tak bardzo przyparty do ściany. Przed 10 kwietnia niewiele też wskazywało, aby dokonał on jakiegoś fundamentalnego przewartościowania swych politycznych aksjomatów czy nagle zgodził się ze swymi krytykami co do głębszych przyczyn porażki w 2007 roku. Nie chcę być niedelikatny, ale nie dostrzegam tu mechanizmu, emocjonalnego ani intelektualnego, który przekładałby wstrząs wywołany utratą brata oraz wielu przyjaciół i współpracowników w metamorfozę stricte polityczną. Wydaje mi się więc, że mamy do czynienia ze zmianą politycznego opakowania: inna jest retoryka, nie treść. Obserwujemy tylko głęboki zwrot taktyczny, nie przełom filozoficzny.

[srodtytul] Cieniutkie gwoździki[/srodtytul]

Jarosław Kaczyński zamienił jakobińską retorykę na żałobny garnitur. Do tej pory nie przejawia skłonności, by przekonywać nas w rzeczowej dyskusji, że faktycznie mamy do czynienia z inaczej rozumującym Kaczyńskim. Prezes trzyma karty przy orderach, nowy wizerunek budują mu stratedzy oraz współpracownicy, wasale i propagandyści. Kaczyński powtarza jak mantrę, że chce zakończyć „wojnę polsko-polską”, jego billboard wyborczy głosi, że „Polska jest najważniejsza”. Ostatnie pytanie więc brzmi: czy jest niemożliwe więc, by po wyborach ot tak, po prostu, wycofał się z nowego kursu?

Wielu ma nadzieję, że coś z tego zostanie, bo zbyt jednoznaczne obietnice zostały złożone, zbyt duża część elektoratu uczepiła się nadziei na poprawę rządzenia. Poza tym robi wrażenie, wręcz imponuje, konsekwencja Kaczyńskiego: oto polityk, który będąc szefem rządu jak rewolwerowiec walił z biodra przy najlżejszej prowokacji, teraz jako ciężko doświadczony przez los kandydat na prezydenta ignoruje wszelkie zaczepki – o czym w Lublinie miał okazję przekonać się Janusz Palikot.

Teoretycznie jest na czym zawiesić nadzieje na złagodzenie polskiej polityki. Jednak są to cieniutkie, chwiejne gwoździki wbite w ścianę złych doświadczeń. Obawiam się, że i tym razem czeka nas kubeł zimnej wody. Kaczyński zrobił w życiu wiele wolt. Z klamerką na nosie podpisywał najbardziej nieprawdopodobne koalicje, by je później bez zmrużenia oka zrywać. Nie zapisał się jako polityk, który przykłada wagę do składanych przez siebie obietnic.

Jestem przekonany, że w potrzebie PiS i jego prezes bez wahania zrobią kolejny zwrot przez rufę, a problem wiarygodności to detal do rozprowadzenia przez spindoktorów i armię przychylnych dziennikarzy; zawsze będzie można zwalić winę na Platformę. Żelazny elektorat PiS nie będzie płakał, gdy na tapetę wrócą standardowe tematy: IV RP, złodziejskie układy, szara sieć, wymagający pilnej lustracji agenci czy zagrożenia dla ojczyzny ze strony Niemiec, Rosji i Unii Europejskiej. Czym byłaby pisowska prawica bez tych skarbów?

[i] Autor jest dziennikarzem i publicystą. Był m.in. redaktorem naczelnym pism „Cash”, „Profit”, „Przekrój”, „Super Express” oraz telewizji „Superstacja”[/i]