Polska w końcu idzie w właściwym kierunku i będzie wspierać ludzi i organizacje, którzy zdecydują się na budowę instalacji produkujących energię na własne potrzeby.
Jeśli więc właściciele gospodarstwa agroturystycznego zainstalują na dach pensjonatu baterie słoneczne, które ogrzeją wodę w obiekcie i dadzą ciepło, to jest szansa, że sfinansuje to program Prosument.
Jeżeli hodowca bydła lub trzody wyprodukuje prąd potrzebny w gospodarstwie w biogazowni zasilanej przez zwierzęcy nawóz, to także może liczyć na wsparcie finansowe z programu.
Spółdzielnia mieszkaniowa, która postawić chce wiatrak czy dwa, by mieć prąd dla swoich budynków, też z programu skorzysta. Podobnie jak Kowalski, który kupi pompę ciepła i zainstaluje w swoich domu albo wspólnota mieszkaniowa, która będzie chciała mieć kotłownię na biomasę.
Zwolennicy ogniw fotowoltaicznych także się do wsparcia kwalifikują, tylko nie właściciele małych elektrowni wodnych - jeszcze do niedawna jedynej w Polsce formy produkcji zielonej energii.
Kilka lat temu temu pisałam o małych elektrowniach na Warmii i Mazurach. Przed drugą wojną było ich tam ponad sto; dzięki produkowanej przez spiętrzoną wodę energii pracowały młyny, tartaki, karczmy czy małe mleczarnie Prus Wschodnich.
Po wojnie, kiedy na te tereny przyciągnęły dziesiątki tysięcy nowych obywateli nowego państwa - Polski Ludowej, większość małych elektrowni, podobnie jak wiatraków została opuszczona, zdewastowana i znikła z powierzchni ziemi. Po 1989 r małe elektrownie zaczęły powstawać dzięki grupce zapaleńców. Marian Gabrycki, który pierwszy w Polsce wybudował w 1983 r. małą elektrownię wodną w Dębowie na rzece Symsarna, obliczył, że do 2002 r. wyprodukował 6,8 mln KWh prądu.
— To oznacza, że w tym czasie nie spalono 4700 ton węgla. Do powietrza nie trafiło 48 ton dwutlenku azotu, 100 ton dwutlenku siarki i 1000 ton promieniotwórczych pyłów i żużlu. Gdyby takiej zdrowiej energii było w Polsce więcej, mniej ludzi by chorowało, mniej byłoby zanieczyszczeń, odpadów, składowisk - opowiadał cztery lata temu. Największym bólem głowy właścicieli małych elektrowni była wtedy niska cena oferowana przez monopolistę na tym terenie - Zakład Energetyczny w Olsztynie.
Dziś prekursorzy energetyki odnawialnej zostali po raz kolejny potraktowani po macoszemu. Nikt kto zechce postawić małą elektrownię, by np. zasilić prądem swoje gospodarstwo, a przy okazji poprawić czystość rzeki i powietrza w okolicy, z programu Prosument nie skorzysta.
Nie potrafię odpowiedzieć, dlaczego. Mogę tylko liczyć na Czytelników, że znów podpowiedzą jakieś uzasadnienie tej rządowej decyzji. Chyba, że go nie ma i ktoś po prostu o elektrowniach wodnych zapomniał