Po plajtach spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych Wołomin i Wspólnota, które kosztowały nas, wszystkich klientów banków, ponad 3 mld zł z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (BFG), upada Spółdzielczy Bank Rzemiosła i Rolnictwa (SKBank) – także w Wołominie.
To bankructwo podwójnie bolesne, bo pierwsze od 15 lat w sektorze banków spółdzielczych, a na dodatek dotyczące do niedawna największego BS w kraju.
Jak ironia brzmi hasło bankruta: „SKBank – nowoczesna bankowość spółdzielcza". Kilkaset milionów złotych, wstrzyknięte w zamierający jego krwiobieg w tym roku przez NBP, tylko przedłużyło agonię.
Po pierwsze zatem, trzeba działać szybciej, by ograniczyć straty.
Po drugie, śledczy powinni się przyjrzeć, jakim cudem kierownictwo banku skoncentrowało kredyty w grupie jednego dewelopera i ukrywało przed nadzorem prawdziwy stan finansów.
Upadłość SKBanku obciąży kwotą ponad 2 mld zł BFG, na który składają się wszystkie banki w Polsce, a pośrednio ich klienci.
Dlatego – po trzecie – należałoby się zastanowić nad wyodrębnieniem w ramach BFG dwóch subfunduszy gwarantujących depozyty w bankach spółdzielczych i SKOK. Zarówno plajtujące SKOK, jak i SKBank ratowały się, przyciągając nowe lokaty wyjątkowo wysokim oprocentowaniem, zapewniając, że są gwarantowane przez BFG. To głęboko nieetyczne, że za ponadprzeciętne zyski klientów bankrutów płacą inni.
Po czwarte, konieczny wydaje się audyt w bankowości spółdzielczej – podobny jak w SKOK. Skoro „bankowcom" z Wołomina udawało się wodzić za nos nadzorujące ich zrzeszenie, rodzą się wątpliwości co do jakości takiego nadzoru.
Po piąte wreszcie, nowy rząd powinien do czasu otrzymania wyników tego audytu wstrzymać się z wprowadzeniem podatku bankowego liczonego od wartości aktywów. SKBank musiałby zapłacić blisko 7 mln zł takiej daniny, choć pieniędzy na to nie ma. Ponadto po drugiej plajcie w Wołominie prawdopodobnie wzrośnie składka na BFG, więc dobrze byłoby ocenić tego skutki, nim fiskus sięgnie po pieniądze leżące w kasach banków.