Minister skarbu Dawid Jackiewicz ujawnił właśnie, że prowadzi „głębokie analizy" możliwości połączenia Orlenu, PGNiG i Lotosu.
Każda taka operacja musi mieć swój cel. Tu go nie widać. Minister co prawda tłumaczy, że „przede wszystkim chodzi o zabezpieczenie interesów Skarbu Państwa w tych spółkach przed ewentualnymi próbami wrogiego przejęcia", ale to argumentacja wątpliwa. Po pierwsze, trudno sobie wyobrazić, by ktoś chciał kopać się z koniem, czyli Skarbem Państwa, który ma pokaźne udziały w każdej tych spółek. Po drugie, czy z grubsza podwojenie kapitalizacji Orlenu z 27 mld zł do blisko 60 mld zł uczyni go nagle bezpiecznym i przestraszy Exxon Mobil wart ponad 1,2 bln zł czy Royal Dutch Shell (500 mld zł)? Że nie wspomnę już wartym kilka bilionów dolarów saudyjskim Aramco. W skali globalnej nowy superczempion dalej pozostanie liliputem.
Co ciekawe, powiązanie trzech polskich firm, uzyskujących w ten sposób jeszcze bardziej dominującą pozycję na polskim rynku (przy okazji bijąca w konsumentów), wbrew intencjom rządu mogłoby być właśnie zachętą do wrogiego przejęcia, którego tak boi się minister Jackiewicz. Kąsek byłby jeszcze bardziej łakomy.
Pojęcie „duży może więcej" skompromitowało się na dobre osiem lat temu po załamaniu się „za dużych, by upaść" amerykańskich banków. Nie ma sensu do tego wracać. A politycy nie ustają w wysiłkach. Poprzedni rząd PiS przymierzał się do łączenia PKO BP z Pocztą Polską czy z PZU. Wcześniej SLD widziało fuzję Orlenu z Lotosem. Z kolei PO marzyła się konsolidacja banków.
„Będziemy także zastanawiali się, jakie (...) są do osiągnięcia efekty synergii" – mówi minister Jackiewicz. Na pewno zamiast trzech obsadzonych z politycznego klucza zarządów zostałby tylko jeden. Może właśnie dlatego z takich planów zwykle nic nie wychodzi.