Najwięcej wątpliwości budzi to, że zagraniczne inwestycje mają zostać pozbawione dotychczasowej formy ochrony prawnej.

Radykalna zmiana warunków gry jest dla potencjalnych inwestorów sygnałem złym. Zresztą kolejnym – Polska jest krajem, w którym nie działa Trybunał Konstytucyjny, co wbrew pozorom jest ważne dla biznesu; krajem, w którym nakłada się nowe podatki i któremu obniżono rating. Co zrobią inwestorzy? Pójdą tam, gdzie będzie im lepiej i gdzie będą lepiej chronieni. Na miejscu naszych sąsiadów już zacierałbym ręce.

Nie wiem, czy Ministerstwo Skarbu konsultowało swoją decyzję z resortem rozwoju. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że to posunięcie stoi w sprzeczności z niektórymi założeniami tzw. planu Morawieckiego. Wicepremier deklarował przecież przychylność dla inwestycji z zagranicy, co więcej – zapowiadał olbrzymie wsparcie dla międzynarodowej ekspansji naszego biznesu. Tylko że po wypowiedzeniu umów to właśnie nasz biznes może być słabiej chroniony.

Gdy wygasną umowy, sprawami spornymi mają się zająć polskie sądy, a nie międzynarodowe trybunały arbitrażowe. Tak według resortu skarbu ma być taniej i lepiej. Nie wiem, czy to przekona zagranicznych inwestorów. Polskie sądy gospodarcze, delikatnie mówiąc, są dalekie od doskonałości. Najlepiej zresztą o tym wiedzą nie międzynarodowi gracze, lecz nasi rodzimi przedsiębiorcy, czasami przez lata próbujący dojść sprawiedliwości.