Leon Podkaminer: Walczmy z inflacją bez wyrzeczeń

Jest karygodnym błędem lansowanie kolejnej „terapii szokowej” zwłaszcza teraz, gdy wiemy, że źródłem inflacji jest nacisk kosztów surowców z importu i cechy strukturalne gospodarki krajowej – pisze doradca prezesa NBP.

Publikacja: 09.06.2023 03:00

Leon Podkaminer: Walczmy z inflacją bez wyrzeczeń

Foto: Bloomberg

Prof. Brad DeLong, renomowany ekonomista i historyk w Berkeley, swego czasu ważna osoba w administracji prezydenta Clintona, rozważa właśnie „problem pierwszej inflacji XXI wieku”. Konkretniej, zastanawia się, w jaki sposób należałoby oceniać obecną politykę makroekonomiczną USA. Do dominujących „teorii” w tym zakresie podchodzi „z perspektywy sceptycznej i agnostycznej”. Przypomina za to dwa powojenne epizody wysokiej inflacji w USA. Ich kulminacje przypadły na marzec 1947 r. (19,7 proc.) oraz na luty 1951 r. (9,4 proc).

Dezinflacja bez „łez, potu i krwi”…

Zdumiewające z punktu widzenia poglądów obecnie dominujących, także u nas, jest to, że w obu powyższych przypadkach Fed, czyli amerykański bank centralny, „did nothing at all”, tj. nie kiwnął nawet palcem. Efektem bezczynności Fedu (oprocentowanie rządowych obligacji pozostawało na symbolicznych poziomach) nie była uporczywa, a tym bardziej „rozkręcająca się” inflacja. Przeciwnie, inflacja spadała wtedy bardzo szybko. W ciągu dwóch lat po owych szczytach inflacyjnych USA doświadczyły deflacji, tj. spadku poziomu cen. Doświadczenia powyższe wykazują empirycznie fałszywość tezy, natrętnie propagowanej zwłaszcza u nas, że bez wysokich, najlepiej realnie dodatnich, stóp procentowych nie ma mowy o poskromieniu inflacji.

Trzeci poważny „incydent inflacyjny” przytrafił się Stanom Zjednoczonym w trakcie i po „szokach naftowych”, które miały miejsce w 1973 i 1979 r.. Trzeba tu przypomnieć, że skala ówczesnych podwyżek cen ropy i produktów naftowych była gigantyczna, rzędu co najmniej 300 proc. w 1973 r. i 100 proc. w 1979 r. Podwyżki te częściowo przeniosły się na ceny większości innych towarów i usług, a także na płace. Inflacja sięgnęła 12,3 proc. w grudniu 1974 r. Po pewnym spowolnieniu w okresie następnym osiągnęła kolejny szczyt (14,8 proc.) w kwietniu 1980 r.

Szoki „naftowe” i wynikowa inflacja prowokowały też recesję i stagnację. Tendencje stagnacyjne były po części wzmocnione wyjątkowo wysoką niepewnością co do dalszych tendencji w zakresie cen ropy i energii. Nie było wiadomo, jak trwały okaże się kartel OPEC. Gdyby miał się on okazać trwały, byłoby celowe inwestowanie w technologie energooszczędne. Gdyby kartel ten miał się załamać, skutkując powrotem do niskich cen energii, inwestowanie w nie okazałoby się skrajnie niekorzystne.

W tych warunkach optymalną strategią inwestycyjną przedsiębiorstw było „wait and see”, tj. odwlekanie decyzji o inwestowaniu. Dalszym czynnikiem utrwalającym stagnację była stosunkowo restrykcyjna w porównaniu z latami 2008–2009 i 2020–2021 orientacja polityki fiskalnej. Uważano wówczas, że luźniejsza polityka fiskalna będzie podsycać i tak już wysoką inflację.

…czy stagflacja?

Po 1980 r. do wciąż wysokiej inflacji dołączyło rosnące i wysokie bezrobocie: zrodziła się stagflacja. Dla lat 1980–1986 stopa bezrobocia wyniosła średnio 8 proc. (przekraczając 10 proc. w styczniu 1983 r.). W okresach poprzednich (1973–1979 i 1960–1972) była znacząco niższa (średnio odpowiednio 6,5 oraz 4,9 proc.).

W moim przekonaniu najważniejszym czynnikiem odpowiedzialnym za stagflację w USA była restryktywna polityka pieniężna prowadzona przez Fed kierowany przez Paula Volckera (podobną drogą poszły inne kraje wysoko rozwinięte, doświadczając jeszcze dużo większych zwyżek bezrobocia). Polityka ta zainicjowana została w grudniu 1980 r. podwyżką stóp procentowych Fedu do poziomu 17 proc., dużo powyżej ówczesnej stopy inflacji. Stopy Fedu były utrzymywane na wysokim poziomie (powyżej 10 proc.) przez następne 20 miesięcy.

Drakońska kuracja miała dość oczywiste konsekwencje dla gospodarki realnej w USA (spowolnienie wzrostu, bezrobocie), a także dla nadmiernie zadłużonych za granicą krajów Ameryki Łacińskiej. Wiele krajów tego regionu wówczas zbankrutowało, PRL także…

Wbrew „propagandzie sukcesu”, od dawna sączonej przez „kręgi bankowe” i ich akademickich akolitów, kuracja ta wcale nie doprowadziła do trwalszej dezinflacji. Inflacja rzędu 4–5 proc. rocznie utrzymywała się w USA aż do wczesnych lat 90., i to mimo że w międzyczasie (w 1986 r.) zdezintegrował się kartel OPEC, a cena ropy na rynku światowym spadła dramatycznie, bo o ponad połowę.

Stagflacja wywołana restrykcyjną polityką pieniężną miała swój niechlubny udział w trwałej zmianie systemowej w USA (i gdzie indziej). Ułatwiła, m.in. poprzez wysokie bezrobocie, demolkę i trwałą marginalizację związków zawodowych, liberalizację i deregulację rynku pracy (i rynków w ogólności), odwrót od instytucji państwa opiekuńczego („welfare state”). Krótko mówiąc, stagflacja utorowała drogę do restytucji „porządków” neoliberalnych, tak w USA, jak i globalnie (także niestety w Polsce).

Wysokie stopy procentowe: broń obosieczna

Za ortodoksyjną praktyką „walki z inflacją” metodą np. podnoszenia stóp procentowych stoi przekonanie, że nadmierny wzrost cen powstaje w rezultacie nadmiernego w stosunku do podaży popytu konsumpcyjnego. Słuszność tego przekonania jest dyskusyjna, do czego powrócę poniżej. Teraz zwrócę uwagę na to, że podnoszenie stóp procentowych, obliczone na przytłumianie popytu konsumpcyjnego, jednocześnie niekorzystnie oddziałuje na podaż. Dzieje się tak, ponieważ drożeje nie tylko kredyt konsumpcyjny, ale i obrotowy, istotny dla bieżącego funkcjonowania całej masy drobnych (a nawet „średnich”) producentów.

Droższy i mniej dostępny kredyt ogranicza więc bieżącą podaż. W dodatku zwiększone koszty obsługi zadłużenia kredytowego mogą wpędzać w bankructwo całą masę firm, a pośrednio również ich kooperantów. Część produkcji, czyli podaży, znika wtedy z rynku. Tym sposobem w efekcie podwyżek stóp procentowych domniemana (i rzekomo inflacjogenna) nadwyżka popytu nad podażą wcale nie musi się zmniejszyć!

„Ceny dyktowane przez popyt”, to znaczy przez kogo?

Powrócę teraz do przekonania, że za wzrost cen odpowiada rosnący (lub nadmierny) popyt konsumpcyjny. Przekonanie to dość dobrze sprawdza się w pewnych specyficznych sytuacjach. Owszem, na wielu rynkach bezosobowy popyt, konfrontowany z bezosobową podażą, bezpośrednio determinuje cenę, na którą nikt konkretny wpłynąć nie jest w stanie. Jest to np. przypadek detalicznego rynku świeżych truskawek, albo zorganizowanego rynku walutowego, na którym „masy” nabywców i sprzedawców walut zdają się na werdykty jakiejś instancji pośredniczącej , np. komputerowego algorytmu finalizującego oferty kupna i sprzedaży walut.

W rzeczywistości ceny większości towarów i usług konsumpcyjnych są zmieniane nie przez „rynek”, ale przez ich konkretnych wytwórców i sprzedawców. Częstokroć bez koniecznego związku ze zmianami popytu na nie. Doświadczamy właśnie niebywałego wzrostu cen energii, wody, usług komunalnych itp. Przecież nie z powodu wzrostu popytu na energię, wodę itp. Także nie z powodu nagłego samoistnego zmniejszenia się ich potencjalnej podaży.

Jest nawet wyobrażalne, że to spadek popytu skłoni sprzedawców do podniesienia cen dla zrekompensowania strat z tytułu zmniejszonych fizycznych rozmiarów sprzedaży, tj. popytu. Podobny „paradoksalny” efekt recesji, tj. spadku popytu, został opisany już przez Michała Kaleckiego. Według niego spadek rozmiarów sprzedaży zwiększa ciężar kosztów stałych, tym samym zmniejszając marże zysku producentów. Dla ochrony marż celowe jest więc podnoszenie cen.

Inflacja a rosnące marże zysków

Obecna inflacja zbiega się z nadzwyczajnie wysokimi marżami zysku w sektorach o wysokim stopniu koncentracji, w tym m.in. w sektorze banków komercyjnych, sektorach paliwowym i energetycznym oraz w dużych przedsiębiorstwach sektora handlu detalicznego, a zwłaszcza hurtowego. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że nie jest to skutek poprawy efektywności wykorzystania zasobów produkcyjnych czy też innowacyjnych zmian technologicznych. Nadzwyczajne marże wynikają z nadzwyczajnych podwyżek cen usług i towarów wytwarzanych przez firmy dominujące w poszczególnych sektorach.

Powstaje jednak pytanie, dlaczego dopiero w warunkach obecnych duże firmy mają tendencję do podnoszenia swoich cen grubo powyżej swoich (rosnących) kosztów. Jest dość prawdopodobne, że firmy te po prostu „korzystają z okazji” – ogólnego „zamieszania inflacyjnego”.

Do ponadnormatywnych podwyżek cen może je też skłaniać powszechne (często mylne) przeświadczenie o pozostających „do wykorzystania” nadmiernych dochodach i zasobach pieniężnych gospodarstw domowych.

Średnio zaawansowana teoria mikroekonomii udziela jeszcze innej odpowiedzi na powyższe pytanie. W tej mikroekonomii rozważa się firmy działające w warunkach konkurencji niedoskonałej. Firmy takie są „price makers”, a nie „price takers”. To one same, a nie jakiś anonimowy rynek, decydują o swoich cenach (oraz o rozmiarach i asortymencie wytwarzanych produktów). Kierują się przy tym zasadami „strategicznymi”.

Jedna z tych zasad stanowi, że należy się wystrzegać obniżek cen, gdyż może to sprowokować niekorzystną „wojnę cenową” z konkurentami. Inna zasada stanowi, że należy uważać z podnoszeniem cen, tak aby nie utracić udziałów w rynku na rzecz konkurentów.

W warunkach obecnej wysokiej inflacji, zainicjowanej w naszym przypadku przez zaimportowany „szok cen energii”, niepodnoszenie cen przez firmy dominujące oznaczałoby akceptację wzrostu kosztów i obniżania się marż zysku, przy zachowaniu udziałów w rynku. Oczywiście nie jest to perspektywa zachęcająca. Druga zasada „strategiczna” – o niepodnoszeniu cen – zostaje zawieszona. Potrzebą chwili staje się generalne podnoszenie cen.

Mamy tutaj do czynienia z koordynacją, nawet jeśli nieformalną, podwyżek cen usług i produktów firm normalnie się tego wystrzegających. Przy okazji wprowadzane podwyżki mogą być – i jak się okazuje, często są – dużo wyższe od wzrostu kosztów produkcji. Oczywiście dodatkowo podbija to ogólny poziom inflacji.

Pochwała umiarkowania

Polityka postulowana przez wielu ekonomistów (ich wyrazicielem jest prof. Joanna Tyrowicz z RPP) to nic innego, jak tylko wskrzeszona wersja „terapii szokowej”. Ekonomiczne i społeczne skutki tej polityki są dla mnie oczywiste i łatwe do przewidzenia.

Skutków tej polityki doświadczyliśmy w latach 1990–1992. A także po okresie rządów koalicji AWS-UW. W obu przypadkach polityka ta prowadziła do masowego bezrobocia (20 proc. w 2002 r.) i recesji/stagnacji gospodarczej.

Co istotne, w obu tych przypadkach dezinflacja była bardzo, bardzo powolna. Owszem, po wielu latach wysoka inflacja „w końcu” ustępowała (chociaż nie długo). Czy na pewno była to zasługa wcześniejszych uporczywych, acz w końcu daremnych prób wdrożenia represji fiskalnych i długotrwałego stosowania zabójczo wysokich realnych stóp procentowych? W istocie nie ma żadnego niepodważalnego dowodu na to, że to właśnie polityka „terapii szokowej” zapewnia dezinflację.

Uważam, że i obecną inflację można opanować (i to szybciej) bez bezproduktywnych wyrzeczeń, rosnącego bezrobocia, „potu i łez” oraz bez mnożenia społecznych animozji. Jest karygodnym błędem lansowanie kolejnej „terapii szokowej” zwłaszcza teraz, gdy wiemy, że źródłem inflacji jest z jednej strony nacisk kosztów surowców importowanych, a z drugiej specyficzne cechy strukturalne gospodarki krajowej.

Leon Podkaminer jest doradcą prezesa NBP. Tekst wyraża poglądy autora

Opinie publikowane w „Rzeczpospolitej” są elementem debaty publicznej i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy redakcji

Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Gospodarka wciąż w strefie cienia
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Opinie Ekonomiczne
Piotr Skwirowski: Nie czarne, ale już ciemne chmury nad kredytobiorcami
Ekonomia
Marek Ratajczak: Czy trzeba umoralnić człowieka ekonomicznego
Opinie Ekonomiczne
Krzysztof Adam Kowalczyk: Klęska władz monetarnych
Materiał Promocyjny
Naukowa Fundacja Polpharmy ogłasza start XXIII edycji Konkursu o Grant Fundacji
Opinie Ekonomiczne
Andrzej Sławiński: Przepis na stagnację