Ich sytuacja jest przynajmniej stabilna. Przedsiębiorców nie powaliły nawet rosyjskie sankcje, zawieszenie funkcjonowania Konwencji TIR w Rosji czy wprowadzenie płacy minimalnej w Europie Zachodniej. Liczba polskich ciężarówek nie zmalała w Niemczech w 2015 roku.
Wytłumaczenie jest proste: za niższą cenę oferują klientom wysoką jakość usług. To zleceniodawca decyduje, komu powierza swoje pieniądze i towar. Klient może dodzwonić się do biura polskiego przewoźnika także w piątek po południu, a jeśli jest taka potrzeba, firma czynna jest także w sobotę. Taka gotowość nie jest powszechna w krajach zachodnich.
Inaczej wygląda sytuacja wśród przewoźników specjalizujących się w przewozach krajowych. Stawki zawsze były tu niższe niż w międzynarodowych i choć rynek od lat jest rosnący, to napływ nowych podmiotów i konkurencja nie pozwalają na zwiększenie marż. Na tę sytuację nakłada się noworoczne spowolnienie – branża jest cykliczna, wraz ze związanym z poświątecznym spadkiem spożycia maleją przewozy. A przedsiębiorcy często nie mają innego źródła przychodów, stąd gorsze wyniki.
W Polsce przewozy samochodowe są nie tylko barometrem gospodarczym, ale także jednym z filarów gospodarki. Wytwarzają 7 proc. PKB, zaś cała branża transportowo-logistyczna ma w produkcie krajowym blisko dwa razy wyższy udział.
Z jednej strony to powód do dumy – coś się nam udało. Polacy są przewoźnikami Europy. Z drugiej strony pokazuje słabość całej gospodarki. W Europie Zachodniej udział transportu w PKB jest wyraźnie niższy, znacznie ważniejszy jest nowoczesny przemysł.