Mariusz Janik: Cena rozrzutności

Słyszymy od rządzących, że inflacja to nie efekt ich działań, tylko energetycznej drożyzny. Ale prawda jest taka, że im więcej energii w inflacji, tym większa wina rządowych zaniedbań.

Publikacja: 13.03.2023 03:00

Mariusz Janik: Cena rozrzutności

Foto: Adobe Stock

Co najmniej trzy czwarte inflacji pochodzi z zewnątrz, z szoków energetycznych. Z niezwykle wysokich podwyżek cen gazu, energii elektrycznej, ciepła” – tak tłumaczył atak drożyzny we wrześniu szef NBP Adam Glapiński. I podobne uzasadnienia słyszeliśmy – i wciąż słyszymy – z ust wielu innych decydentów. Oskarżający palec kieruje się w stronę a to „putinflacji”, a to unijnej polityki klimatycznej, która obciąża generowanie energii na bazie brudnych paliw coraz wyższymi opłatami.

Mniejsza już o to, że ekonomiści znacznie redukują ten udział energetyki w procesach inflacyjnych. Jakby próbować uśrednić setki wypowiedzi i komentarzy, jakich do tej pory udzielono w tej sprawie, trzeba by inflacjogenny charakter nośników energii sprowadzić do poziomu jednej trzeciej, najwyżej połowy. Przykładowo, latem ubiegłego roku porównywaliśmy ówczesny wzrost cen w energetyce do 2021 r.: w Polsce wychodziło 33,8 proc. poniżej europejskiej średniej (41,8 proc.). Ot, paradoks – skok cen energii w Polsce był niższy o 8 proc., za to inflację mieliśmy wyższą (15,3 proc. r./r.) niż w całej UE (10,4 proc. r./r.), nie wspominając o strefie euro (9,2 proc. r./r.).

Czytaj więcej

To będzie droga Wielkanoc. Ceny popularnych produktów wzrosły o ponad 20 proc.

Jest jednak jeszcze jeden, być może nawet ważniejszy, aspekt problemu. Nasze rachunki mogłyby być znacznie niższe, gdyby nie wieloletnie wzruszanie ramion w sprawie zmian w rodzimej energetyce. Zacznijmy od tego, że rząd jednoznacznie – już kilka lat temu – wskazał na węgiel jako bastion naszej narodowej niezależności. Najbrudniejsze z paliw, którego zasoby nam się kończą (przynajmniej jeśli chodzi o złoża wysokiej jakości), najkosztowniejsze – biorąc pod uwagę koszt wykupu pozwoleń na emisje gazów cieplarnianych w systemie ETS (w marcu to już ponad 90 euro za tonę, lada chwila padnie pewnie 100 euro).

Każde z tych 100 euro wyskoczy z naszych portfeli. Bezpośrednio odbija się to na rachunku, jaki wyjmujemy ze skrzynki, pośrednio w podatkach, jakie marnuje państwo, podtrzymując stary system. Ba, część z tych pieniędzy Unia zwraca polskiemu rządowi – z założeniem, że wyda on je na zmiany w energetyce, mające zmierzać do zmniejszania emisyjności, a zatem brzemienia ETS. Tyle że olbrzymia większość tego zwrotu ląduje w programach mających niewiele wspólnego z tym, co rozumiemy przez hasło „zmiana”.

Nie jest żadną tajemnicą, że energia z OZE byłaby tańsza. Tymczasem próba nowelizacji tzw. ustawy odległościowej, która do tej pory skutecznie blokowała rozwój lądowych farm wiatrowych, sprowadziła się do wprowadzenia limitu minimalnej odległości 700 m od najbliższych zabudowań, co oznacza dalsze blokowanie olbrzymiej większości potencjalnych projektów tego typu (przy protestach środowisk samorządowych, ekspertów od energetyki, klimatu, środowiska). No, to będziemy mieć drogi prąd. Środowiska ciepłowników twierdzą, że od kilku lat próbują przekonywać decydentów do przestawiania ciepłownictwa na OZE – i od lat ich argumenty są zbywane wzruszeniem ramion. Ledwie dwa tygodnie temu liczyliśmy na łamach „Rzeczpospolitej”, że ciepło ze spalarni odpadów kosztuje średnio 59,3 zł/GJ, podczas gdy ciepłownie oferują je nawet o 40 zł drożej.

Żeby było sprawiedliwie, nie chodzi tylko o decydentów: eksperci w ostatnich latach wytykali też, że znaczna część przedsiębiorców nad Wisłą na hasło „efektywność energetyczna” reaguje wzruszeniem ramion. Dziś pewnie wyższe rachunki zmiękczają obniżkami marży, zwolnieniami, a po części – wrzucają w cenę produktu. Stąd też wielu desperackim rzutem zaczęło inwestować we własne OZE albo przynajmniej szukać dostawców taniej – tak się składa, że zielonej – energii.

Koniec końców trzeba przyznać: ile energetyki w inflacji – tego się pewnie szczegółowo nie dowiemy. Natomiast jest jasne, że mogłoby jej być znacznie mniej, rachunki i ceny mogłyby być choć trochę niższe, gdyby nie tworzenie szańców z węgla.

Co najmniej trzy czwarte inflacji pochodzi z zewnątrz, z szoków energetycznych. Z niezwykle wysokich podwyżek cen gazu, energii elektrycznej, ciepła” – tak tłumaczył atak drożyzny we wrześniu szef NBP Adam Glapiński. I podobne uzasadnienia słyszeliśmy – i wciąż słyszymy – z ust wielu innych decydentów. Oskarżający palec kieruje się w stronę a to „putinflacji”, a to unijnej polityki klimatycznej, która obciąża generowanie energii na bazie brudnych paliw coraz wyższymi opłatami.

Pozostało 88% artykułu
Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Gospodarka wciąż w strefie cienia
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Opinie Ekonomiczne
Piotr Skwirowski: Nie czarne, ale już ciemne chmury nad kredytobiorcami
Ekonomia
Marek Ratajczak: Czy trzeba umoralnić człowieka ekonomicznego
Opinie Ekonomiczne
Krzysztof Adam Kowalczyk: Klęska władz monetarnych
Opinie Ekonomiczne
Andrzej Sławiński: Przepis na stagnację