Ponad trzy lata temu, po ogłoszeniu przez rządzących ogromnego pakietu dodatkowych wydatków budżetowych przed zbliżającymi się wówczas wyborami, powiedziałem w czasie jakiegoś wywiadu, że „Polska weszła na ścieżkę grecką”. Wywołało to u części słuchaczy oburzenie i protesty, choć przecież uczciwie dodałem, że nie chodzi mi wcale o groźbę szybkiego bankructwa. Bankructwo grozi krajowi o wysokim zadłużeniu, a w przypadku Polski relacja długu publicznego do PKB wynosiła wówczas 46 proc. PKB, a w obecnym roku zapewne ukształtuje się na poziomie około 55 proc. PKB, a więc względnie niewysokim (w Grecji w chwili bankructwa sięgała 180 proc. PKB).

Kiedy mówiłem o „ścieżce greckiej”, chodziło mi tylko o to, że najwyraźniej polscy politycy uznali, że jedynym pewnym sposobem wygrania wyborów jest kupienie głosów poprzez dodatkowe wydatki budżetowe. Dokładnie to działo się przez dwie dekady w Grecji. Walczące o władzę partie prześcigały się w obietnicach wzrostu wydatków i obniżania podatków. A greccy wyborcy chętnie przyjmowali te dary, powszechnie uznając, że ich politycy są o tyle uczciwi, że sami kradną, ale przynajmniej się dzielą.

Kiedy tylko krajowi nie zagrażały natychmiastowe kłopoty, rządy zwiększały deficyt finansów państwa, często do poziomu przekraczającego 10 proc. PKB. Wzrostem długu się nie przejmowano, ponieważ dzięki sfałszowanym danym udało się wprowadzić euro i zapewnić na kilka lat niskie oprocentowanie obligacji. Maszyna zadłużenia szła pełna parą. No cóż, twierdzili filozoficznie ministrowie finansów, tak długo, jak długo są chętni do pożyczania pieniędzy, problemu nie ma. Ponieważ jednak wzrost długu tak czy owak zaczął budzić pewien niepokój inwestorów, poproszono o pomoc finansowych czarodziei z banku inwestycyjnego Goldman Sachs. A ci doradzili, jakich użyć sztuczek, żeby część długu ukryć.

I wszystko to się nieźle kręciło, dopóki nie doszło do pogorszenia sytuacji wywołanego światowym kryzysem lat 2008–2009. W wyniku recesji spadły dochody, wzrosły wydatki, wyszły na jaw statystyczne oszustwa. Oprocentowanie greckich obligacji zwiększyło się z 4 proc. w roku 2009 do 36 proc. w 2011. Rating w ciągu półtora roku spadł z poziomu „A” (jak dziś Polska) do „RD” (krok od bankructwa). No i Grecja praktycznie została bankrutem.

Czy Polsce coś takiego dziś grozi? Bankructwo na pewno nie, zbyt daleko jesteśmy od skraju przepaści. Ale jeśli nasi politycy wpadną w przedwyborczy szał wydatkowy, agencje ratingowe obniżą swoje oceny (np. uznając, że rząd popełnia finansowe szaleństwo, rezygnując z funduszy unijnych), pracownicy sfery budżetowej wymuszą strajkami znaczny wzrost wydatków, to sklecony przy pomocy fikcyjnych założeń makroekonomicznych (inflacja poniżej 10 proc.!) budżet państwa gwałtownie się załamie i wykaże ogromny deficyt, na wierzch wyjdą długi poukrywane w instytucjach państwowych, które rzekomo (według tzw. polskiej metodologii) nie należą do sektora finansów publicznych, stopy procentowe silnie wzrosną, a kurs złotego znacznie się osłabi.

Trudno będzie określić to inaczej niż mianem budżetowej katastrofy, nawet jeśli nie będzie jeszcze prowadzić do bankructwa. I to by właśnie znaczyło, że Polska znajduje się na ścieżce greckiej.