Mamy inflację na poziomie 14 procent. Po raz ostatni taki wynik odnotowaliśmy na początku 1998 roku. Między sytuacją w roku 1998 i 2022 jest jednak parę znaczących różnic.

Po pierwsze, w roku 1998 inflacja nie rosła, a spadała (rok wcześniej wynosiła jeszcze 17 procent, rok później spadła do 6). Po drugie, mieliśmy obniżającą się z miesiąca na miesiąc dynamikę wzrostu płac (Polacy stopniowo oswajali się z myślą, że wzrost cen będzie coraz niższy). Po trzecie, rząd robił poważny wysiłek, aby ograniczyć deficyt i wesprzeć walkę z inflacją (krótko mówiąc: ministrem finansów był Leszek Balcerowicz). No i po czwarte, w roku 1998 mieliśmy nowiutką Radę Polityki Pieniężnej, której członków można było oskarżać o wiele, ale nie o to, że bardziej byli skłonni pomagać rządowi, niż walczyć ze wzrostem cen. Stopa procentowa NBP wynosiła aż 24 procent i przez kolejne cztery lata obniżała się niezwykle wolno, stale przewyższając o około 10 punktów procentowych stopę inflacji.

To nie jest panegiryk na cześć polityki pieniężnej sprzed ćwierćwiecza, którą zresztą wtedy uważałem i nadal uważam za zdecydowanie zbyt restrykcyjną. Ale fakt jest faktem: inflację udało się wtedy w Polsce zabić. Zapłaciliśmy za to ogromną cenę, ale na kolejne 20 lat mogliśmy o niej zapomnieć. Zapomnieć o inflacyjnej indeksacji płac, zapomnieć o systematycznie osłabiającym się złotym, zapomnieć o wysokich stopach procentowych.

Wygląda jednak na to, że albo osinowy kołek spróchniał, albo ktoś go wampirzycy wydłubał. I wcale nie chodzi o to, że inflacja wynosi 14 procent i w najbliższych miesiącach będzie rosła. Nie ma wątpliwości, że znaczną część winy za to ponosi Putin, który zaaplikował śpiącej inflacji swoje dopalacze. Ale przecież to nie on majstrował przy kołku.

Co naprawdę obudziło inflację? Wiele lat beztroskiej polityki finansowej rządu, dbającego głównie o utrzymanie słupków popularności poprzez stymulowanie popytu konsumpcyjnego. Jego niezdolność do przyspieszenia inwestycji, co zwiększałoby zdolności podażowe gospodarki i pozwoliło radzić sobie z rosnącym deficytem pracowników. No i oczywiście pasywność NBP, uważającego za swój główny obowiązek pomaganie rządowi.

Według rządzących wampirzyca wcale się nie obudziła. Gdzie tam! Nadal głęboko śpi, tylko zachrapała i przewraca się na drugi bok… do lata wzrośnie, a potem sama z siebie spadnie. Obawiam się że wcale tak nie będzie. Pan premier niedawno stwierdził, że póki płace rosną szybciej od cen, nie ma problemu inflacji. Oczywiście, że jest: z większą obawą patrzę dziś na wzrost płac niż na wzrost cen. Na początku roku płace zwiększały się o 10 procent, w kwietniu już o 14. Jeśli oczekiwania inflacyjne Polaków w trwały sposób wzrosną, a w gospodarce włączą się zapomniane od lat mechanizmy indeksacyjne, płace zaczną swój beznadziejny wyścig z cenami. A im bardziej będą je gonić, tym szybciej one będą przed nimi uciekać.

A wtedy może się okazać, że pozostaniemy na lata z bardzo wysoką inflacją. I to nawet jeśli rozbudzona wampirzyca przestanie zażywać dostarczane przez Putina dopalacze.