Propozycja Solidarnej Polski, by zlikwidować unijny system handlu emisjami (ETS), jest niemądra i nierealistyczna. Jeśli premier ją podejmie i będzie przekonywał europejskich partnerów do znaczących zmian w ETS, Polska może stracić okazję, żeby wykorzystać resztki swojego kapitału politycznego do dokonania ważnych dla nas zmian w unijnej polityce energetycznej.

Czytaj więcej

Nakręca się spirala cen energii. Bruksela ma pomysł jak opanować kryzys

Trochę się już pogubiłam. Najpierw Zbigniew Ziobro grozi, że Polska będzie wszystko w Unii wetować, a szczególnie energetyczno-klimatyczny pakiet Fit for 55, w odwecie za blokowanie nam Krajowego Planu Odbudowy. Teraz jego partia apeluje, żeby premier Mateusz Morawiecki na szczycie UE w czwartek przekonywał innych przywódców UE do zlikwidowania systemu handlu emisjami. Zatem ma z godnością wetować, co się da, czy jednak negocjować? Może jednak politycy Solidarnej Polski zorientowali się, że groźby weta nikogo nie wystraszą, bo wszystkie propozycje pakietu Fit for 55 przyjmowane są kwalifikowaną większością głosów. Ale pomysł angażowania kapitału politycznego Polski do walki o likwidację czy jakieś fundamentalne zmiany w ETS jest niewiele lepszy.

Po pierwsze dlatego, że jest niemądry. Jeśli ma być odpowiedzią na gwałtowny wzrost cen energii, to jest zupełnie chybiony. Owszem, ceny pozwoleń na emisję CO2 sięgają rekordowych poziomów, i owszem, ma to wpływ na wysokość naszych rachunków za gaz czy energię elektryczną. Ale nie zasadniczy. Na pierwszym miejscu są ceny gazu, na które nie mamy wpływu w krótkim terminie. Na drugim, wszelkiego rodzaju podatki i koszty regulacyjne, które państwo może w szybkim tempie zmienić. I dopiero na trzecim ETS, którego udział w obserwowanym ostatnio wzroście cen szacuje się na 20 proc. Niemało, ale nie jest to główny czynnik. Nieprawdą jest też, jakoby cenę na rynku ETS podnosili spekulanci. Żadne badania tego nie wykazują, nie ma więc powodu, żeby wyrzucać instytucje finansowe z ETS, czego – zdaje się – chce się domagać Morawiecki na szczycie. Postulat taki byłby równoważny z pomysłami zakazania wszelkiego rodzaju instrumentów finansowych o charakterze zabezpieczającym, które przecież są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania gospodarki.

Czytaj więcej

Polska chce reformy podatku węglowego

Po drugie, pomysł współrządzącej Solidarnej Polski jest nie do zrealizowania, bo nikt w UE nie podziela opinii, że unijny system handlu emisjami jest zły. O ile pojedyncze kraje razem z Polską wnioskowały o zbadanie spekulacji na rynku ETS, o tyle już żaden nie uważa, że ETS powinno się zlikwidować. Rynkowa wycena węgla umożliwiła Europie wejście na ścieżkę rewolucji energetycznej, z której nikt nie chce zawracać. ETS z wysoką ceną CO2 (jak bardzo wysoką, można oczywiście dyskutować) jest niezbędny do mobilizowania firm do przechodzenia na czyste technologie oraz jest warunkiem koniecznym dokonywania długoterminowych zielonych inwestycji.

Polska, zamiast walczyć z ETS, powinna wykorzystać zwyżkę cen energii do forsowania innych postulatów, czyli zwiększenia niezależności UE od rosyjskich dostaw gazu albo zwiększenia unijnych funduszy na pomoc tym, którzy poniosą największe koszty transformacji energetycznej. Bo o energię jądrową to już dla nas kłóci się Francja. Taki powinien być priorytet, któremu rząd poświęci resztkę swojego kapitału politycznego.