Nasz rząd uwielbia dziś używać terminologii militarnej, sądząc pewnie, że to nas jeszcze bardziej zmobilizuje do walki z przeciwnościami. Ja – tak jak tydzień temu – wolę użyć języka baśni. W końcu w legendach też pojawiają się dzielni rycerze, którzy gromią wredne smoki.

Było sobie raz piękne królestwo, na które padł blady strach. Z jamy wypełznął obrzydliwy inflacyjny smok i zaczął ziać ogniem, ze szczególnym upodobaniem podpalając rozsiane po kraju stacje benzynowe. Skandaliczne smocze ekscesy doprowadziły do wzrostu cen żywności i zwiększonych rachunków w karczmach, u kowali i cyrulików. Słowem, wszędzie.

Wezwany przez monarchę główny alchemik, znany z tego że potrafił tworzyć złote pieniądze z niczego, uderzył w tony uspokajające. To smok zagraniczny, ocenił, a w dodatku zupełnie niegroźny. Wystarczy udawać, że się go w ogóle nie zauważa. Wtedy szybko się znudzi i odleci do obcych krajów.

Niestety, smok wcale nie odleciał. Wręcz odwrotnie, najwyraźniej mu się kraj spodobał, więc zaczął go atakować jeszcze mocniej. Gdy z wież grodu wszędzie już widać było pożary, król postanowił działać. Jak zawsze w takich sytuacjach, wezwał na pomoc dzielnego rycerza, obiecując standardowe wynagrodzenie w wysokości połowy królestwa i rękę swojej córki.

Nie ma sprawy, nie z takimi wyzwaniami człowiek sobie radził w tym biznesie, odparł zawadiacko rycerz, a następnie wsiadł na koń.

– Jaką podać broń? – spytał rzeczowo jego giermek. – Szef woli kopię, maczugę, młot bojowy czy zwykły miecz?

– Podaj mi tylko tarczę – odparł rycerz, a ja już na pewno przepędzę to smocze straszydło. I pogwizdując pod nosem, ruszył chwacko przed siebie, odprowadzany pełnym zwątpienia spojrzeniem giermka.

Na tym właściwie bajka się kończy. Bo giermek wcale nie musiał być geniuszem, żeby wiedzieć, co się stanie dalej. Samą tarczą smoka się raczej nie pokona. Owszem, zręczny rycerz przez jakiś czas może się nią osłaniać przed smoczymi kłami. Ale jak nie przyszpili straszydła kopią albo mieczem, prędzej czy później to raczej smok dopadnie rycerza, a potem spali gród i porwie piękną królewnę.

Ta prosta logika rodem z bajki pasuje jak ulał do problemu naszej walki z inflacją. Inflacja ma zdolność do stałego odradzania się, jeśli trwale wzrosną oczekiwania inflacyjne. Sama z siebie raczej nie spada, trzeba z nią walczyć. Polityka gospodarcza ma oczywiście broń, której można użyć. Mieczami są narzędzia banku centralnego, zwłaszcza stopy procentowe i stabilny kurs walutowy, działające tym skuteczniej, im większe mamy zaufanie do banku. Swój miecz ma też w ręce rząd – ograniczenie deficytu finansów państwa, a także działania skłaniające do oszczędzania zamiast konsumpcji, wzmacniają skuteczność polityki pieniężnej.

A tarcze, czyli czasowe ograniczenie podatków i rekompensaty za wzrost cen dla najuboższych? Oczywiście mogą być bardzo potrzebne, ale dają tylko czasową ulgę i nie rozwiązują problemu. Bo każdy wielbiciel legend wie, że samą tarczą smoka się nie pokona, a pola wokół królewskiego grodu usiane są kośćmi rycerzy, którzy takiej sztuczki próbowali.