Rz: Ceny ropy naftowej codziennie skaczą. Czy świat jest skazany na takie niespokojne rynki surowców energetycznych?

Wim Thomas:

Zmiany cen, czasami bardzo szybkie, to dowód, że rynki funkcjonują normalnie. Tego naturalnie nie lubią politycy. Kiedy ceny są wysokie, konsumenci są zaniepokojeni, a politycy niewiele mogą na to poradzić. Ale rynek znajdzie wreszcie wyważoną średnią cenę, która będzie do zaakceptowania i dla producentów, i dla konsumentów.

Dzisiaj mamy taką sytuację: Międzynarodowa Agencja Energetyczna twierdzi, że na rynku nie ma dosyć ropy, bo żaden z producentów nie uzupełnił tego, co zniknęło po wybuchu wojny domowej w Libii. Z kolei OPEC zapewnia, że ropy jest pod dostatkiem, a wysokie ceny to efekt spekulacji. Kto ma rację?

Jak zawsze prawda jest pośrodku. Chodzi o to, że w dzisiejszej sytuacji gospodarczej na świecie nie wiadomo, ile ropy naftowej tak naprawdę będzie potrzebne. Nie wiadomo, ile wynoszą zapasy w krajach nienależących do OECD i ile rezerw mocy wydobycia ma OPEC. A także jaki rodzaj ropy może być dostarczony na rynek: słodka? ciężka? Najczęściej więc w analizach koryguje się informacje podawane z OPEC przynajmniej o plus minus 1 – 1,5 mln baryłek dziennie. Z kolei MAE obawia się o możliwości dostarczenia surowca na rynek w szybkim czasie, czyli o bieżące bezpieczeństwo zaopatrzenia rynków.

Politycy mają jednak środki, aby wpłynąć na rynek. Już raz zdecydowali się uwolnić część zapasów. Był pan zaskoczony, że tak się stało?

I to bardzo. Ostatni raz taka ilość ropy została uwolniona, kiedy uderzył huragan Katrina (2005 r. – red). Teraz, kiedy Libia została wyłączona z grona dostawców, wiele rafinerii położonych na południu Europy pozbawiono dostaw surowca. Ale wpływ uwolnienia zapasów na ceny miał krótkotrwały efekt. To, co działa na rynki, to informacje z gospodarki. Z drugiej strony, to prawda, światowe zapasy ropy są ogromne i szerzej zakrojona akcja z pewnością miałaby wpływ na ceny. To, co zrobiono na początku lata, raczej było testem. MAE dała sygnał, że sytuacja jest poważna, i z pewnością była w kontakcie z OPEC, zanim zdecydowano się na uwolnienie części zapasów.

Zanim to się stało, rozmawiałam z głównym ekonomistą MAE Fatihem Birolem, rozgoryczonym postawą OPEC w sytuacji, gdy cena ropy sięgała 120 dol. za baryłkę, a kartel zapewniał, że wszystko jest w porządku.

Dr Birol może sobie pozwolić na spory z OPEC. MAE to potężna organizacja.

Dzisiaj na rynku ropy mamy kilka znaków zapytania: ile będzie wynosiła produkcja z Iraku, Iranu i Wenezueli? Chyba największe nadzieje są związane z mocami wydobywczymi Iraku?

Iran ma coraz większe kłopoty, trudno jest mu w tej chwili zdobyć finansowanie inwestycji. Irak potrzebuje ogromnych sum, żeby odbudować kraj po wojnie. Trzeba tam także odtworzyć infrastrukturę przemysłu naftowego, rafinerie, ropociągi. Ale władze irackie mają pełną świadomość, że przyszłość kraju zależy od odbudowy przemysłu naftowego. Jestem przekonany, że mimo różnic dotyczących polityki w tym przypadku wszystko potoczy się zgodnie z oczekiwaniami.

Jakie są dzisiaj największe zagrożenia dla bezpieczeństwa energetycznego na świecie?

Panika na rynku i szukanie szybkich sposobów przynoszących natychmiastowy efekt dla rynków. To środki ulubione przez polityków.

W efekcie zwiększają one rozchwianie rynków. Dużo więcej zależy od regulacji dotyczących emisji CO2, które nadal są niejasne dla rynku, i działających na nim przedsiębiorstw. A my chcemy wiedzieć, jakie będą zasady na najbliższe 20 – 30 lat, bo z takim wyprzedzeniem planujemy inwestycje.

Zgodzi się pan jednak, że dla ochrony klimatu trzeba coś zrobić – i to natychmiast?

Dzisiaj mamy dwa scenariusze, jeden wyraża obawy o przyszłość klimatu światowego, inny – obraz spokoju, że takiego zagrożenia nie ma.

W efekcie wszystko sprowadza się do tego, że w sektorze energetycznym musi być położony większy nacisk na innowacje, pozyskiwanie energii ze źródeł alternatywnych, co w końcu zwiększy także bezpieczeństwo energetyczne.

W tym roku mieliśmy dwa wydarzenia, które wpłynęły na rynek energetyczny: wybuch elektrowni atomowej w Fukushimie i wojnę domową w Libii. Jak wpłyną one na przyszłość polityki energetycznej na świecie?

Rewolucje w krajach arabskich odbywają się w regionie, skąd na rynek dostarczane są potężne ilości surowców energetycznych.

A Europa jest bardziej narażona na wszelkie zakłócenia dostaw z Libii niż inne części świata. Jeśli chodzi o Fukushimę, pytanie brzmi: czy jesteśmy w stanie sprostać takiemu ryzyku, kiedy nawet w kraju tak doskonale zorganizowanym, jakim jest Japonia, doszło do tragedii? Każda działalność jest powiązana z ryzykiem i społeczeństwa muszą sobie odpowiedzieć, czy są w stanie z nim sobie poradzić czy też nie.

W takim razie jaki scenariusz energetyczny powinna wybrać dla siebie Polska?

W ostatniej dekadzie liczba ludności zmniejszyła się o 0,1 proc. i pewnie będzie się zmniejszać nadal. Po drugie – polska gospodarka nadal się rozwija i z pewnością szybciej, niż się spodziewamy, osiągnie dochód na głowę mieszkańca równy krajom zachodnim. To stawia wyzwania, bo na taki rozwój potrzeba będzie więcej energii, zwłaszcza jeśli chodzi o transport. Tempo wzrostu tego popytu obniży się dzięki bardziej efektywnemu wykorzystaniu energii. W naszych scenariuszach widać, że w roku 2025 popyt na energię ustabilizuje się, być może nawet zacznie spadać.

To dobra wiadomość, bo efektywność wykorzystania źródeł energii odegra tutaj kluczową rolę. I kluczowa rola transportu – zwiększenie ruchu lotniczego wynikające ze wzrostu zamożności społeczeństwa, lepsze drogi zachęcające do podróży po i przez Polskę. I czwarty, kto wie, czy nie najważniejszy klucz do energetycznej przyszłości Polski, to gaz łupkowy. Jeśli wszystko rozwinie się tak, jak wskazuje sytuacja  w tej chwili, a Shell w to wierzy, będzie to miało ogromny wpływ na przyszłość kraju. Jeśli będzie to do zaakceptowania z politycznego punktu widzenia, zmniejszy się uzależnienie od węgla. Jeśli do tego dodamy energię wiatrową i słoneczną, a w dalszej przyszłości energię nuklearną, to mamy pełny miks dla Polski. Kiedy połączymy te wszystkie elementy scenariusza, emisje CO2 w Polsce w roku 2020 mogą wynosić połowę tego, co obecnie.

Czy ten scenariusz dla Polski nie jest zbyt optymistyczny?

Jeśli Kanada i Norwegia dzięki gazowi i elektrowniom wodnym były w stanie uwolnić się całkowicie od emisji dwutlenku węgla, Polsce dzięki gazowi łupkowemu przyjdzie to znacznie łatwiej. Trzeba będzie rozwinąć jeszcze system wychwytywania i magazynowania dwutlenku węgla, ale w naszych scenariuszach w roku 2025 ta kwestia będzie rozwiązana.

Zdaje pan sobie sprawę z tego, że gaz łupkowy i jego wydobycie jak każda nowość budzi niepokój, zwłaszcza wśród osób, które mieszkają w pobliżu miejsc, gdzie wykryto ten surowiec?

To naturalne. Ich nastroje zależą od jakości akcji informacyjnej dotyczącej zagrożeń i korzyści wynikających z eksploatacji. W ostatecznym rozrachunku to one skorzystają najbardziej. Tak jest wszędzie, gdzie ten gaz jest wydobywany.

CV

Wim Thomas szefuje działowi analiz Shella od pięciu lat. W koncernie pracuje od 25 lat. Wcześniej zajmował się bezpośrednio wydobyciem ropy i gazu, magazynowaniem surowców oraz zagadnieniami regulacji rynku. W 2005 roku był prezesem British Institute Energy Economics. Jest absolwentem Wydziału Technologii Morskich holenderskiego uniwersytetu w Delft.