Narodowa duma z sukcesów, transmisje z radosnych powitań na lotnisku, wzrost sprzedaży piwa i chipsów.

Ekonomista patrzy na to jednak nieco inaczej i lubi bez emocji analizować liczby. To, że Amerykanie systematycznie zdobywają na każdych igrzyskach po ponad 100 krążków, że Chińczycy, Rosjanie, Niemcy, Brytyjczycy i Francuzi po kilkadziesiąt, że nawet małe Węgry mają ich zawsze więcej od nas, a Czechy zbliżoną do nas liczbę, nie jest dziełem przypadku. Oczywiście, że szczęście i pech mają w sporcie znaczenie.

Ale systematyczne sukcesy olimpijczyków to dość precyzyjny wskaźnik tego, w jaki sposób pracuje w danym kraju cały przemysł sportowy. Poczynając od sportu w szkołach, przez wyławianie talentów w amatorskich klubach, po inwestowanie w rozwój wybrańców-profesjonalistów. Z odpowiednim finansowaniem – zarówno państwowym, jak i prywatnym (sponsorskim i reklamowym). Z przejrzystymi mechanizmami działania, skłaniającymi do wytrwałej pracy. Ze sprawnym zapleczem organizacyjnym. I wreszcie – z prawdziwą i głęboką motywacją zawodników, trenerów, działaczy, a także i kibiców.

Czy polskich 10–11 medali, na które nas dziś stać, to dużo? Za pomocą metod statystycznych nietrudno stwierdzić, że powodów do przesadnej dumy z funkcjonowania polskiego przemysłu sportu nie mamy. Proste regresje wiążące osiągnięcia poszczególnych krajów z ostatnich trzech olimpiad z ich potencjałem ludzkim i gospodarczym (czyli PKB), z atrakcyjnością dla imigracji sportowców, a wreszcie z jakością funkcjonowania otoczenia instytucjonalnego sportu (lepszą np. w krajach Zachodu niż w krajach rozwijających się, lepszą w Chinach niż w Indiach), pozwalają na bardzo gruby szacunek – przy naszym potencjale gospodarczym, ludzkim i instytucjonalnym, powinniśmy zdobywać na olimpiadach bliżej 20 medali, a nie 10. To samo pokazują zresztą bezpośrednie porównania z krajami o zbliżonym do naszego potencjale (np. z Hiszpanią).

Do myślenia daje zresztą i historia – w latach 60. i 70. polscy olimpijczycy zdobywali średnio po 21 medali, co wówczas stanowiło ponad 4 proc. całości medalowej puli (dziś mamy 1 proc.). Oczywiście, świat się zmienił, Polska się zmieniła. Ale to nie tłumaczy wszystkiego: nasz przemysł sportu powinien działać sprawniej, niż działa.

Sądzę, że niezależnie od radosnego emocjonowania się sukcesami i narzekania na pech, który zabrał nam kilka szans medalowych, przede wszystkim należałoby się zastanowić nad tym, co w polskim sporcie nie działa tak, jak należy – a co mogłoby działać lepiej. Stać nas na to, by z każdej olimpiady przywozić znacznie więcej metalowych krążków. Ale to wymaga systematycznej, cierpliwej pracy. A nie czekania na cuda.