Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego postulat rozdzielenia pracy lekarzy zyskuje na popularności i co on oznacza w praktyce.
  • Jakie zagrożenia dla pacjentów i szpitali niesie zakaz łączenia pracy w obu sektorach.
  • Na jakie praktyczne problemy natrafi próba rozdzielenia opieki publicznej i prywatnej.
  • Jakie rozwiązania systemowe mogłyby ograniczyć konflikt interesów bez paraliżu systemu ochrony zdrowia.

Prawie 40,7 proc. osób ankietowanych przez IBRiS uważa, że lekarze mogą łączyć pracę w systemie publicznym i prywatnie. To sporo, ale i tak dużo mniej niż 53,5 proc. przeciwników takiego rozwiązania.

- Przewaga zwolenników rozgraniczenia można odczytywać jako wyraz społecznego oczekiwania większej przejrzystości i uporządkowania obowiązujących zasad. Nie przesądza on jednak o wyborze jednego rozwiązania, tym bardziej że niemal 40 proc. respondentów opowiada się za zachowaniem możliwości pracy w obu sektorach – mówi „Rz” Marcin Martyniak, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach, były wiceminister zdrowia w rządzie PiS. Jak dodaje, nie mamy do czynienia z pełnym społecznym konsensusem, który uzasadniałby automatyczne wdrożenie jednego modelu regulacyjnego.

Martyniak wskazuje, że rozgraniczenie pracy w sektorze publicznym i prywatnym to temat istotny społecznie i wymagający poważnej debaty, który podnosi zarówno część środowiska medycznego jak i politycznego. Kluczowa pozostaje jednak kwestia tego, co w praktyce miałoby oznaczać takie rozdzielenie. - Nie można przyjmować, że wszyscy respondenci rozumieli to pytanie w ten sam sposób. Dla jednych rozdzielenie mogło oznaczać całkowity zakaz dodatkowego zatrudnienia, dla innych kontrolę łącznego czasu pracy, ograniczenie możliwości pracy w określonych obszarach albo wyeliminowanie sytuacji rodzących konflikt interesów – zauważa.

- W ostatnim czasie kolejne ugrupowania polityczne wskazują na konieczność rozdzielenia ochrony zdrowia publicznej i prywatnej. Do dzisiaj jednak nikt nie powiedział na czym to konkretnie miałoby wyglądać – mówi Wojciech Wiśniewski, ekspert ds. ochrony zdrowia. A sprawa nie jest prosta. – Co z POZ (podstawową opieką zdrowotną – red.), która prawie w całości jest prywatna? Co z AOS (opieką specjalistyczną – red.), gdzie odsetek prywatnych gabinetów to ok. 70 proc.? Kto przejąłby pacjentów z poradni, które z powodu bardzo niskich umów z NFZ zrezygnowałyby ze współpracy z płatnikiem? Jak potraktować podmioty podwykonujące kluczowe usługi medyczne? Partie będą musiały taki plan pokazać – wskazuje.

Foto: rp.pl/Weronika Porębska

Zakaz łączenia pracy w sektorze publicznym i w prywatnych placówkach postulowały Prawo i Sprawiedliwość oraz Lewica. Rozwiązanie to miałoby ukrócić patologię, jaką jest przepływ pacjentów z prywatnych gabinetów lekarskich na wizyty i zabiegi „na NFZ” z pominięciem kolejki. Rząd chce rozwiązać ten problem, monitorując kolejkę do zabiegów szpitalnych z wykorzystaniem aplikacji Narodowego Funduszu Zdrowia AP-KOLCE. Projekt rozporządzenia w tej sprawie trafił do konsultacji publicznych.

Za rozdziałem pracy u lekarzy częściej opowiadają się zwolennicy opozycji (57 proc.) niż koalicji rządzącej (51 proc.). Zdaniem Martyniaka polityczna interpretacja wyników sondażu wymaga jednak ostrożności. Jak ocenia, łączne ujęcie wyborców PiS, Razem, Konfederacji i KKP, a także partii koalicji rządzącej w ramach dwóch bloków zaciera różnice między elektoratami o odmiennym podejściu do roli państwa i organizacji ochrony zdrowia. Zarówno w ramach szeroko rozumianej prawicy istnieją różne koncepcje dotyczące regulacji sektora medycznego, podobnie jak w przypadku koalicji rządzącej, która próbuje łączyć światopogląd lewicowy wraz z liberalnym podejściem.

Jeżeli chodzi o miejsce zamieszkania, najczęściej i najbardziej zdecydowanie rozdział pracy w sektorze publicznym i prywatnym popierają mieszkańcy małych miast do 50 tys. mieszkańców – łącznie to 7 na 10 respondentów. Najmniej skorzy do poparcia takiego rozwiązania są zaś mieszkańcy dużych miast – tam przeważa opinia, że pracę w obu sektorach można łączyć (54 proc.). Jeżeli chodzi o poziom wykształcenia, to przeciwko łączeniu praktyki w systemie publicznym i prywatnym gabinecie jest najwięcej osób z wykształceniem podstawowym i zasadniczym (64 proc.). Rozdział popiera co czwarta osoba z wykształceniem wyższym, połowa respondentów w tej grupie uważa jednak, że obie role można łączyć.

Czytaj więcej

Premier Tusk o zarobkach lekarzy, podał górny limit. „Biedy nie ma”

Prywatne wizyty przyspieszają zabiegi finansowane z NFZ

Wariant pełnego i natychmiastowego rozdzielenia pracy w sektorze publicznym i prywatnym budzi sceptycyzm dyrektorów szpitali. – Oczywiście możemy rozgraniczyć pracę w sektorze publicznym i prywatnym, ale pytanie brzmi: w jaki sposób zabezpieczymy potrzeby zdrowotne Polaków, zwłaszcza mieszkańców mniejszych miejscowości, w których lekarze zdecydują się prowadzić wyłącznie prywatną praktykę, ponieważ będą mogli uzyskać wyższe wynagrodzenie. Jeżeli w takiej miejscowości jest tylko jeden chirurg, który w szpitalu może zarobić 250 zł za godzinę, a w prywatnym gabinecie będzie pobierał np. 300 zł za wizytę, a w ciągu godziny przyjmie trzech pacjentów, to w takiej sytuacji nie będzie miał motywacji do stawania na dyżury w szpitalu, ani do pracy w święta. Kto będzie wtedy leczył w publicznej ochronie zdrowia? – zastanawia się dyrektor jednego z warszawskich szpitali, który chce pozostać anonimowy.

Wątpliwości formułuje również Marcin Martyniak. – Samo wprowadzenie administracyjnego zakazu nie rozwiąże podstawowego problemu, jakim pozostaje niedobór kadr medycznych – podkreśla. Istnieje ryzyko, że część specjalistów wybierze sektor prywatny, a na publicznych placówkach nadal będzie spoczywał obowiązek zabezpieczenia świadczeń, przy jednoczesnym dalszym ograniczeniu dostępnego potencjału kadrowego. W praktyce może to prowadzić do trudności z obsadą dyżurów, ograniczania działalności oddziałów, a w konsekwencji – pogorszenia dostępności leczenia. Obecny model nie powinien pozostać jednak bez zmian. Te – zdaniem Martyniaka – powinny mieć charakter etapowy i być wdrażane w pierwszej kolejności w obszarach, w których ryzyko konfliktu interesów jest największe.

Czytaj więcej

Dyrektor szpitala powiatowego: Im więcej leczymy, tym większą generujemy stratę

Dyrektor szpitala zespolonego w Kielcach jest jednak zdania, że w najbliższym czasie należy rozpatrzeć rozdzielanie sfery publicznej od prywatnej, zwłaszcza w obszarach zabiegowych. To tam pojawia się zwykle najwięcej nadużyć, w szczególności sytuacji, w których lekarz udziela pacjentowi odpłatnej konsultacji w prywatnym gabinecie, a następnie wykonuje zabieg w publicznej placówce finansowanej ze środków Narodowego Funduszu Zdrowia. - Można (i należy) rozpocząć ten proces od kompleksowej analizy czasu pracy lekarzy w poszczególnych placówkach, zarówno publicznych, jak i prywatnych Postuluję stworzenie centralnego grafiku pracy lekarzy, zarządzanego przez NFZ i współzarządzanego przez placówki medyczne – mówi Martyniak.

Jego zdaniem potrzebne są jednolite rozwiązania dotyczące dodatkowego zatrudnienia, łącznego czasu pracy, konfliktu interesów oraz relacji między prywatną konsultacją a leczeniem finansowanym ze środków publicznych. - Dyrektor szpitala może odpowiadać za realizację jasno określonych reguł, natomiast odpowiedzialność za ich określenie i rozwiązanie problemu o charakterze ogólnosystemowym nie może zostać scedowana na dyrektorów podmiotów leczniczych – mówi. Zasady powinien określić minister zdrowia jako regulator rynku, przy udziale Narodowego Funduszu Zdrowia.

Foto: Tomasz Sitarski

Czy w Polsce jest za mało lekarzy?

Według statystyk Naczelnej Izby Lekarskiej na 30 czerwca 2026 r. w Polsce pracuje łącznie ok. 165 tys. lekarzy (po odliczeniu medyków, którzy nie wykonują zawodu). Ministerstwo Zdrowia szacuje, że w okresie najbliższych pięciu lat liczba lekarzy w Polsce urośnie do poziomu, który będzie pokrywał potrzeby populacji. Jak tłumaczył w wywiadzie dla „Rz” Mariusz Klencki, dyrektor Departamentu Rozwoju Kadr Medycznych w resorcie zdrowia, liczba lekarzy w Polsce będzie rosła o około 3-4 tysiące rocznie. „Jeśli taki wzrost utrzyma się przez najbliższe dziesięć lat, doprowadzi to do istotnego zwiększenia wskaźnika liczby medyków przypadających na 1000 mieszkańców”. Według danych za 2024 r. to wskaźnik ten wynosi 3,96 lekarza w przeliczeniu na 1000 osób, to plasuje Polskę w środku zestawienia krajów UE. Naczelna Izba Lekarska prognozuje, że więcej lekarzy niż potrzeba, zaczniemy kształcić począwszy od 2032 r. 

W kontekście patologii w ochronie zdrowia, których przykłady ujawniały w ostatnich tygodniach media, niedobór lekarzy na rynku nie jest największym problemem. Zaadresowania wymaga jednak kwestia tego, w jaki sposób podaż pracy medyków rozjeżdża się z zapotrzebowaniem systemu publicznego. Rywalizacja o kadrę jest najsilniejsza w przypadku szpitali powiatowych, gdzie lekarze dojeżdżają często z większych ośrodków miejskich – bo tam najczęściej mieszkają. W przypadku takich specjalistów wybór między praktyką prywatną, a pracą w kilku szpitalach publicznych może być prosty. To rodzi zaś pytania o konsekwencje prostego rozdziału dla części szpitali. - Jeśli ograniczymy możliwość migrowania między systemami lekarzom, to będzie grupa szpitali, która po prostu nie będzie miała dostępu do tych lekarzy i będzie się zamykać. Tak czy inaczej będzie afera – wskazuje dyrektor placówki w Warszawie. Pomysły polityków dotyczące rozgraniczenia obu sfer – choć atrakcyjne w przekazie dla niektórych grup wyborców – powinny zostać oparte o dane. 

- Najważniejsze pytanie brzmi, czy proponowane rozwiązanie zwiększy realną zdolność systemu do zabezpieczenia świadczeń, czy jedynie przeniesie napięcia z jednego jego segmentu do drugiego. Nie można oceniać go wyłącznie przez pryzmat deklarowanego celu, lecz przez rzeczywiste skutki organizacyjne, kadrowe i finansowe. Ostatecznym kryterium oceny każdego rozwiązania powinien być jego wpływ na bezpieczeństwo pacjenta, ciągłość leczenia oraz realną dostępność świadczeń – podsumowuje Martyniak. 

Foto: Tomasz Sitarski