Zawnioskował pan do rady powiatu o obniżenie swojego wynagrodzenia. Dyrektorzy szpitali raczej nie podejmują takich decyzji. Dlaczego pan to zrobił?

To przede wszystkim efekt bardzo trudnej sytuacji finansowej naszego szpitala, która z roku na rok się pogarsza. Ubiegły rok zakończyliśmy stratą w wysokości 52 mln zł. Musimy więc szukać wszelkich możliwych rozwiązań, które pozwolą poprawić kondycję placówki. Oznacza to również konieczność podjęcia trudnych decyzji dotyczących wynagrodzeń kontraktowych pracowników. Dlatego uznałem, że jeśli oczekuję wyrzeczeń od zespołu, powinienem zacząć od siebie. Zawnioskowałem o obniżenie własnego wynagrodzenia z czterokrotności do trzykrotności przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw.

To bardziej gest symboliczny czy realna oszczędność dla szpitala?

W skali roku nie są to ogromne pieniądze. Do końca roku oszczędność wyniesie około 60 tys. zł brutto. To kropla w morzu potrzeb, ale uważam, że od czegoś trzeba zacząć. 

Kiedy składałem przysięgę lekarską, nie było w niej ani słowa o pieniądzach. Było natomiast zobowiązanie do służenia pacjentowi. Wiem, że może to zabrzmieć górnolotnie, ale naprawdę uważam, że jeśli zapomnimy, że to pacjent jest najważniejszy, to zatracimy sens wykonywania tego zawodu.

dr n. med. Bartosz Jakub Myśliwiec, dyrektor Szpitala Wielospecjalistycznego im. dr. Ludwika Błażka w Inowrocławiu.

Jak dokładnie wygląda dziś sytuacja finansowa szpitala w Inowrocławiu?

Jest bardzo trudna. Strata za ubiegły rok była niemal dwukrotnie wyższa niż rok wcześniej i niestety odbija się już na codziennym funkcjonowaniu placówki. W ostatnich miesiącach musieliśmy zmierzyć się z wielomilionowymi nakazami zapłaty od dostawców energii, gazu, leków i innych usług. To sprawiło, że w przypadku części lekarzy zatrudnionych na kontraktach nie byliśmy w stanie wypłacić pełnego wynagrodzenia w terminie. Oczywiście wywołało to duże emocje. Wystąpiliśmy o zwiększenie finansowania w formie debetu, dzięki czemu udało się wrócić do terminowych wypłat. Rozmawiamy również z lekarzami o czasowym obniżeniu stawek kontraktowych.

Czytaj więcej

Ograniczyć działanie małych szpitali. Od tego trzeba zacząć reformę

A czy były odejścia?

Pojawiło się jedno wypowiedzenie ze strony lekarza oraz trzy ze strony pielęgniarek. Ostatecznie pielęgniarki zdecydowały się jednak zostać i przeszły na umowy o pracę. Podobne wnioski złożyli także ratownicy medyczni. To pokazuje, jak bardzo problemy z płynnością finansową wpływają na funkcjonowanie całego szpitala.

Co uniemożliwia wyjście z trudnej sytuacji finansowej?

Największym problemem jest to, że świadczenia zdrowotne są wycenione znacznie poniżej rzeczywistych kosztów ich udzielania. Nasze analizy pokazują, że dotyczy to ponad 95 proc. świadczeń realizowanych w szpitalu powiatowym. Innymi słowy, im więcej leczymy, tym większą generujemy stratę. Najbardziej widać to na oddziałach podstawowych – internie, chirurgii oraz ginekologii i położnictwie. To właśnie one przynoszą największe straty, choć jednocześnie są kluczowe z punktu widzenia bezpieczeństwa zdrowotnego mieszkańców. Coraz częściej trafiają do nas również pacjenci w cięższym stanie. Wymagają bardziej rozbudowanej diagnostyki, leczenia wielu chorób jednocześnie, a także diagnostyki onkologicznej. To wszystko podnosi koszty, których obecne wyceny po prostu nie pokrywają. Chciałbym też podkreślić, że nie wynika to z nadmiernych kosztów wynagrodzeń. Korzystamy z narzędzi porównujących nasze koszty z podobnymi szpitalami i znajdujemy się mniej więcej w środku stawki. Problemem są po prostu zbyt niskie wyceny świadczeń.

Problemem są tylko wyceny?

W mojej ocenie są trzy przyczyny takiego stanu rzeczy. Pierwszą jest wspomniane niedoszacowanie świadczeń zdrowotnych. Drugą są rosnące wynagrodzenia, za którymi nie nadąża finansowanie. Chcę to wyraźnie podkreślić – nie uważam, że pracownicy medyczni zarabiają za dużo. Powinni być wynagradzani adekwatnie do swoich kompetencji i odpowiedzialności. Problem polega na tym, że wzrost kosztów pracy nie znajduje pełnego odzwierciedlenia w środkach przekazywanych szpitalom. Finansowanie nie obejmuje również wielu dodatkowych kosztów pracowniczych, takich jak dodatki stażowe, funkcyjne czy nagrody jubileuszowe. Trzecim wyzwaniem jest deficyt lekarzy specjalistów. To on napędza konkurencję między szpitalami i powoduje wzrost stawek kontraktowych. Coraz trudniej jest pozyskać i utrzymać specjalistów, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach.

Czytaj więcej

Sondaż: Lekarze zarabiają za dużo. Polacy chcą ograniczenia ich wynagrodzeń

Czy problem kadrowym będzie się pogłębiał?

Obawiam się, że tak. Młodzi lekarze zdecydowanie częściej wybierają szkolenie w ośrodkach klinicznych niż w szpitalach powiatowych. To zrozumiałe, ponieważ mają tam większe możliwości nauki i mniejsze obciążenie codzienną pracą. W efekcie coraz trudniej zapewnić zastępowalność lekarzy i obsadę dyżurów. Mam oddział neurologii, na którym pracuje czterech lekarzy, z czego trzech jest już w wieku emerytalnym. Tymczasem w pobliskim szpitalu uniwersyteckim szkoli się kilkunastu rezydentów tej samej specjalizacji. Być może warto zastanowić się nad bardziej racjonalnym rozmieszczeniem miejsc specjalizacyjnych. Szpitale powiatowe również dysponują odpowiednim sprzętem, doświadczoną kadrą i akredytacjami do szkolenia. Większa liczba rezydentów nie tylko poprawiłaby organizację pracy, ale także ułatwiłaby zapewnienie ciągłości opieki nad pacjentami.

Minister zdrowia przedstawiła pakiet zmian dotyczących systemu ochrony zdrowia. To początek reform?

To na pewno próba uporządkowania pewnych kwestii, natomiast w mojej ocenie pierwszy krok powinien być inny. Najpierw powinniśmy stworzyć realną mapę potrzeb zdrowotnych i mapę potrzeb szpitalnych na poziomie województw, czyli odpowiedzieć na pytanie, jakie świadczenia są rzeczywiście potrzebne mieszkańcom i które szpitale powinny je realizować. Następnie należałoby uporządkować kompetencje podstawowej opieki zdrowotnej, ambulatoryjnej opieki specjalistycznej i lecznictwa szpitalnego. Dopiero na tym fundamencie można budować dalsze zmiany. Równolegle konieczna jest adekwatna wycena świadczeń zdrowotnych. Bez tego każda kolejna reforma będzie miała ograniczony efekt.

Ministerstwo chce m.in. uporządkować rynek kontraktów lekarskich. To dobry kierunek?

To jeden z elementów, który wymaga uporządkowania, ale nie może być punktem wyjścia do reformy. Najpierw trzeba odpowiedzieć na pytanie, jak ma wyglądać system ochrony zdrowia, a dopiero później można dyskutować o modelu wynagradzania personelu. Jednocześnie uważam, że takie zmiany powinny być szeroko konsultowane z osobami, które na co dzień zarządzają ochroną zdrowia. W tej dyskusji powinien wybrzmieć głos dyrektorów szpitali, samorządów zawodowych, pielęgniarek, ratowników medycznych, ale także młodych lekarzy odbywających specjalizację. To oni za chwilę będą tworzyć ten system.

Jest pan zwolennikiem podejście, że pacjent powinien znajdować się w centrum systemu. Dlaczego uważa pan, że dzisiaj tak nie jest?

Mam wrażenie, że w ostatnich latach cała dyskusja o ochronie zdrowia koncentruje się tylko na problemach samego systemu. Rozmawiamy o finansowaniu, zadłużeniu szpitali, wynagrodzeniach czy organizacji świadczeń, a zdecydowanie za rzadko zadajemy sobie pytanie: gdzie w tym wszystkim jest pacjent? Tymczasem to właśnie on powinien być punktem odniesienia dla wszystkich zmian. Powinniśmy zapewnić pacjentowi dobrze funkcjonującą podstawową opiekę zdrowotną, sprawny dostęp do specjalisty, a leczenie szpitalne pozostawić przede wszystkim dla przypadków, które rzeczywiście tego wymagają. Dzisiaj ta piramida świadczeń jest w wielu miejscach odwrócona. 

Nie może być też tak, że pacjent czeka miesiącami na wizytę u specjalisty, a kiedy wreszcie potrzebuje pomocy, jedynym miejscem, do którego trafia, jest szpitalny oddział ratunkowy.

dr n. med. Bartosz Jakub Myśliwiec, dyrektor Szpitala Wielospecjalistycznego im. dr. Ludwika Błażka w Inowrocławiu

Wspomniał pan o potrzebie zmian organizacyjnych. Czy dotyczą one również współpracy między szpitalami?

Tak, bo dzisiaj bardzo często ze sobą konkurujemy, zamiast się uzupełniać. Nie widzę problemu w tym, żeby jeden szpital specjalizował się w chirurgii i internie, a drugi w ginekologii czy laryngologii. Najważniejsze jest to, żeby pacjent miał zapewniony szybki dostęp do świadczenia odpowiedniej jakości. Warunkiem jest jednak dobra organizacja systemu i sprawny transport medyczny między placówkami. To byłoby znacznie bardziej racjonalne niż utrzymywanie wszędzie identycznego zakresu świadczeń, niezależnie od potrzeb i możliwości kadrowych.

Jaka przyszłość nas czeka, jeśli nie uda się przeprowadzić reform w ochronie zdrowia?

Obawiam się, że dostęp do świadczeń będzie się systematycznie pogarszał. Najbardziej odczujemy to w tych obszarach, które już dziś są niedoszacowane i mają największe problemy kadrowe – przede wszystkim w internie, chirurgii ogólnej czy ginekologii i położnictwie. To właśnie tam coraz trudniej będzie utrzymać oddziały i zapewnić pacjentom odpowiednią opiekę. Nie mam wątpliwości, że potrzebne są odważne decyzje. Wiem też, że nie przyniosą efektów z dnia na dzień. Każdy minister zdrowia mierzy się z tym samym problemem, ponieważ skutki reform będą widoczne dopiero po latach, często już po zakończeniu jego kadencji. To jednak nie może być powód, by ich nie podejmować.

Czytaj więcej

Ponad 1,2 mld więcej na świadczenia zdrowotne z NFZ. Wiadomo, na co pójdą pieniądze

Czyli czasu jest coraz mniej?

Tak. Jesteśmy w momencie, w którym nie możemy już odkładać zmian na później. Musimy ratować publiczną ochronę zdrowia nie dlatego, że oczekują tego dyrektorzy szpitali czy środowisko medyczne, ale dlatego, że jesteśmy to winni pacjentom. Przez lata płacili składki zdrowotne, miesiącami czekają w kolejkach i mają prawo oczekiwać, że system zapewni im pomoc wtedy, kiedy będą jej potrzebowali. Dlatego uważam, że naszym obowiązkiem jest zrobić wszystko, aby ten system uporządkować. Nie dla statystyk, nie dla wskaźników finansowych, ale przede wszystkim dla pacjentów.