Ile kosztuje wykształcenie lekarza w Polsce?

Mamy studia medyczne w wersji odpłatnej i ich wycena jest różna, ale w przypadku naszych uniwersytetów medycznych można powiedzieć, że mediana wynosi ok. 330 tys. zł. Taka kwota wydaje się tutaj właściwym punktem odniesienia. Potem jest staż podyplomowy i jego koszt zmienia się co roku, 1 lipca, bo wtedy rośnie wysokość minimalnego wynagrodzenia w ochronie zdrowia. Jego koszt wynosi teraz nieco ponad 180 tys. zł za 13 miesięcy. Widać wyraźnie jakie są proporcje: sześć lat kształcenia kosztuje 330 tys. zł, a trzynastomiesięczny staż 180 tys. zł. To jest niewątpliwie mniejsza efektywność kosztowa stażu, tym bardziej że w trakcie sześciu lat studiów mamy również szósty rok o charakterze praktycznym.

Czyli za propozycją ministerstwa zdrowia, żeby skrócić staż z 13 do 6 miesięcy, przemawiają koszty.

Za skróceniem stażu niewątpliwie przemawia chęć zwiększenia efektywności procesu kształcenia. Staż kosztuje nieproporcjonalnie dużo w stosunku do kształcenia w ramach studiów i w tym aspekcie jest bardzo nieefektywny. Ale chodzi również o czas – żeby kształcenie było szybsze. Przeniesienie kształcenia praktycznego na ostatni rok studiów medycznych temu służy. Myślę, że w tych krajach, w których staż został całkowicie zniesiony (np. Niemcy, Francja, Włochy), było takie przeświadczenie, że staż to rozwiązanie mało efektywne i lepiej jest absolwenta uczelni od razu poddać kształceniu specjalizacyjnemu i przez to szybciej wykształcić kompetentnego lekarza.

Czytaj więcej

Prezydent wetuje lekarzy bez znajomości polskiego. Część medyków z Ukrainy straci prawo do wykonywania zawodu

Za skróceniem stażu opowiada się KRAUM (Konferencja Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych). Nie jest tak, że rektorzy myślą, że dostaną część z tych pieniędzy zaoszczędzonych na skróconym stażu?

O to, co myślą rektorzy, to trzeba ich zapytać. Takie automatyczne przeniesienie środków ze stażu do uczelni nie jest możliwe. Niezależnie od tego oceniamy, że uczelnie należałoby wspomóc w tym, żeby proces „upraktyczniania” ostatniego roku postępował jeszcze dalej. I to wspomaganie teraz też się odbywa, bo przecież olbrzymie środki z KPO, które trafiły do uczelni kształcących przyszłych lekarzy, służyły m.in. wyposażeniu uczelni w infrastrukturę do tego celu.

Ale ministerstwo chciałoby wspomóc te uczelnie dodatkowymi pieniędzmi na kształcenie praktyczne?

Nie jest to w tej chwili decyzja ministra zdrowia, którą moglibyśmy komunikować, więc trudno mi coś zdecydowanie deklarować. Moja opinia jest taka, że powinniśmy te uczelnie dalej wspomagać w tym zakresie i może nie tyle, jeśli chodzi o środki czysto inwestycyjne, ale raczej rozwiązania prawne, żeby kształcenie praktyczne na ostatnim roku studiów było bardziej podobne do tego, jak wygląda to na stażu podyplomowym; i to stażu, który przebiega we wzorcowy sposób, bo wiemy, że przebiega on różnie. To dalsze upraktycznienie może wiązać się z pewnymi kosztami organizacyjnymi i o tym z uczelniami rozmawiamy.

W odbiorze pacjentów skrócenie stażu może budzić niepokój - rodzi obawy o to, że lekarze będą gorzej przygotowani do leczenia. Nie lepiej zmienić program stażu, zamiast go skracać i przesuwać praktykę na ostatni rok studiów?

Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, jak zmiana programu stażu miałaby pomóc w tym, żeby jego efektywność się zwiększyła. To trochę tak, jak z mieszaniem herbaty – od mieszania nie staje się słodsza. Podobnie jest tutaj: samo przesuwanie poszczególnych bloków w to czy inne miejsce stażu nie rozwiązuje problemu. Tak naprawdę przeniesienie kształcenia praktycznego na ostatni rok studiów jest odpowiedzią na to, jak skutecznie i efektywnie przygotowywać przyszłych lekarzy do wykonywania zawodu. Chodzi o to, żeby kształcenie praktyczne odbywało się na uczelniach, które mają doświadczenie i odpowiednie kompetencje w tym zakresie. Nie da się też ukryć, że stosunkowo niska efektywność stażu wynika częściowo z pomieszania ról. Albo ktoś jest pracownikiem i wykonuje pracę, albo jest studentem i się uczy. Tymczasem w przypadku stażu często słyszymy argument, że powinien pozostać w dotychczasowym wymiarze, bo młody lekarz dopiero wtedy uczy się praktycznego wykonywania zawodu. Jeśli jest to okres nauki, to dlaczego otrzymuje wynagrodzenie na poziomie średniej krajowej?

Taki mamy w Polsce model nauczania akademickiego. Po studiach potrzebna jest praktyka.

Taki model nie jest powszechny, bo ja nie słyszałem, żeby absolwenci dziennikarstwa po ukończeniu studiów otrzymywali roczne zatrudnienie z wynagrodzeniem na poziomie średniej krajowej, żeby mogli sobie zrobić rajd po redakcjach i tu zobaczyć jak się pracuje w dziale dziennikarstwa ekonomicznego, a tam sprawdzić, czy może dziennikarstwo sportowe jest fajne… Gdyby taki program był finansowany z budżetu publicznego i gdyby zapytać studentów dziennikarstwa, czy uważają to za dobry pomysł, zapewne większość odpowiedziałaby twierdząco. Na pewno by się z tego ucieszyli.

Ja nie operuję na otwartym sercu, ani nie zależy ode mnie życie człowieka.

Absolwenci kierunków lekarskich też nie operują na otwartym sercu. Tak naprawdę operować na otwartym sercu uczy się lekarz w trakcie szkolenia specjalizacyjnego z kardiochirurgii, a nie w trakcie stażu podyplomowego.

Ale życie człowieka może już od niego zależeć.

No nie. Nie demonizujmy tego. Lekarz rozpoczynający szkolenie specjalizacyjne też pracuje pod nadzorem. Nie ma możliwości, żeby od początku pracował całkowicie samodzielnie czy wykonywał wszystkie obowiązki bez wsparcia bardziej doświadczonych lekarzy. Zwykle nie pełni też dyżurów samodzielnie, a na początku szkolenia nie prowadzi sam poradni ani nie przyjmuje pacjentów bez nadzoru, a co dopiero na stażu.

Czytaj więcej

Łukasz Jankowski, NIL: Po 2032 roku będziemy kształcić więcej lekarzy niż potrzeba

Według szacunków ministerstwa zdrowia w ciągu najbliższych 5 lat osiągniemy wystarczającą liczbę lekarzy w stosunku do wielkości populacji. Na jakim wskaźniku oparto te szacunki?

My wszyscy porównujemy się jedni do drugich, w Polsce przede wszystkim z krajami Unii Europejskiej. Obecnie znajdujemy się mniej więcej w środku stawki, jeżeli chodzi o liczbę lekarzy w przeliczeniu na 1000 pacjentów (3,96 pod koniec 2024 r. – red.). Trzeba od razu powiedzieć, że chociaż w Polsce dość powszechne jest narzekanie na niedobór kadry medycznej, to jednocześnie liczba lekarzy dynamicznie rośnie i wiemy, że ten trend będzie się utrzymywał. Jeżeli policzymy, ile osób obecnie studiuje na kierunkach lekarskich, a jednocześnie oszacujemy, ilu lekarzy odejdzie z zawodu ze względu na wiek, to – choć nie da się tego przewidzieć z dokładnością do jednej osoby – można te procesy prognozować z dużą precyzją. Wynika z tego, że liczba lekarzy w Polsce będzie rosła o około 3-4 tysiące rocznie. Jeśli taki wzrost utrzyma się przez najbliższe dziesięć lat, doprowadzi to do istotnego zwiększenia wskaźnika liczby medyków przypadających na 1000 mieszkańców. Zasadniczy problem nie polega jednak na tym, żeby wyliczyć, ilu lekarzy będziemy mieć za dziesięć lat, ale na tym, ilu lekarzy będziemy wtedy potrzebować. Bo nie wiemy, jak będzie wyglądała medycyna za dekadę.

W Polsce dużo mówi się teraz o starzejącym się społeczeństwie i wynikającym z tego rosnącym zapotrzebowaniu na opiekę zdrowotną. Ale ta demografia ma także drugą stronę. W którymś momencie nasze społeczeństwo przestanie się starzeć. Udział osób powyżej określonego wieku w strukturze społeczeństwa nie będzie rósł w nieskończoność – ten wskaźnik zacznie się stabilizować, a następnie spadać. Społeczeństwo zacznie się odmładzać. To również trzeba brać pod uwagę przy planowaniu liczby kształconych lekarzy. Nasze stanowisko jest takie, że chcemy utrzymać kształcenie na obecnym poziomie, czyli – w przybliżeniu – około 9 tys. osób rozpoczynających każdego roku studia na kierunku lekarskim w języku polskim.

Prognozowane nasycenie rynku lekarzami to jeden z powodów, które stoją za likwidacją uproszczonego trybu dopuszczania do wykonywania zawodu w Polsce przez lekarzy spoza UE? Zgodnie z projektem ustawy ten tryb ma wygasnąć pod koniec roku.

Polska po prostu nie potrzebuje już uzupełniania zasobów kadrowych z zagranicy w takim uproszczonym trybie. Trzeba przy tym podkreślić, że nie zamykamy się na napływ lekarzy spoza Unii Europejskiej. Chodzi jedynie o to, żeby pozostawić ścieżkę dojścia do wykonywania zawodu w Polsce w takim kształcie, jaki jest standardem w innych krajach europejskich. To znaczy, że ktoś powinien nostryfikować dyplom, odbyć staż podyplomowy – jeśli nie można uznać, że został on już zrealizowany na podstawie wcześniejszego doświadczenia zawodowego – oraz zdać lekarski egzamin końcowy. I właściwie tyle. Nie jest to zamknięcie się na lekarzy z zagranicy, tylko w pewnym sensie powrót do rozwiązań, które są standardem w wielu krajach europejskich.

Lekarze spoza UE pracowali w szpitalach na prowincji, tam gdzie nie chcą pracować polscy lekarze.

Faktycznie, to, co diagnozujemy jako problem w Polsce, to nierówny dostęp do kadr medycznych, w szczególności, jeśli chodzi o poszczególne specjalizacje i dziedziny medycyny. Tak przynajmniej wynika z analizy map potrzeb zdrowotnych – kiedy spojrzy się na takie zestawienia, widać wyraźnie, że dostęp do lekarzy w mniejszych miejscowościach, bardziej oddalonych od ośrodków akademickich, jest trudniejszy. Kilka lat temu, mniej więcej około 2020 r., dominowało przekonanie, że ten palący problem trzeba rozwiązać gwałtownym ruchem, czyli dopuszczeniem do pracy lekarzy spoza UE w trybie uproszczonym. My proponujemy jednak trochę inne podejście. Nie chcemy łatać dziury, ale stworzyć mechanizmy, które nie będą wyciągać lekarzy z prowincji do dużych ośrodków. Bo trzeba powiedzieć, że system kształcenia – tak jak on jest teraz skonstruowany, łącznie ze stażem podyplomowym – powoduje, że lekarze z mniejszych miejscowości przeprowadzają się do dużych miast. Nie zawsze jest to potrzebne i uzasadnione. Pewnie niektórzy z nich chętnie by zostali, tylko są trochę zmuszani wyjechać – poprzez to, jak ten system działa.

Czytaj więcej

Lekarze z Ukrainy tracą prawo do pracy. Szpitale alarmują: zabraknie rąk do leczenia

Zmuszani w jaki sposób?

Na przykład przez staż podyplomowy. Odbywają ten staż w dużym mieście, zwykle tam, gdzie studiowali i tam zostają. Podobny problem dotyczy zresztą także szkolenia specjalizacyjnego. Obecnie rezydenci dość zdecydowanie protestują przeciwko kierowaniu lekarzy na – jak to oni określają – „pipidówę”. Co ciekawe, jeszcze zanim zaczęli protestować przeciwko projektowi zmian w przepisach, sami sygnalizowali, że w części szpitali, gdzie odbywa się szkolenie specjalizacyjne, występuje przeludnienie. Wskazywali, że są miejsca, w których szkoli się ponad 60 przyszłych anestezjologów i dochodzi do sytuacji, w których trzeba losować, kto będzie mógł wejść na salę operacyjną i obserwować znieczulenie, nie mówiąc już o samodzielnym wykonywaniu takich procedur. Kiedy jednak mówimy, że wobec tego część rezydentów powinna zostać skierowana do innych ośrodków, gdzie rzeczywiście będą mogli zdobywać praktyczne doświadczenie, pojawiają się zarzuty, że wysyłamy ich na prowincję. Jest w tym pewna sprzeczność. Prawda jest taka, że nie wszyscy muszą mieszkać w dużych miastach, tak samo jak nie wszyscy muszą mieszkać w małych miasteczkach. Ludzie powinni mieć możliwość wyboru i my ten wybór chcemy pozostawić.

Ministerstwo proponuje, żeby o liczbie miejsc szkoleniowych w poszczególnych szpitalach decydował wojewoda na podstawie map potrzeb zdrowotnych. Czyli ma być więcej rezydentów na prowincji.

Wojewoda we współpracy z ministrem zdrowia. To nie będzie też tak, że wojewoda będzie zupełnie sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Ale też nie będzie tak, że minister zdrowia będzie wskazywać ręcznie, w którym szpitalu ma się pojawić rezydentura. Trzeba też wyraźnie podkreślić, że projekt nowelizacji nie przewiduje kierowania lekarzy do pracy w określonych miejscach. Lekarze nadal będą mieli prawo wyboru miejsca szkolenia, tak jak mają je obecnie. Różnica polega na tym, że pojawi się większa kontrola nad tym, gdzie te miejsca są tworzone. Nie będzie to w takim stopniu zależało od mechanizmu, który dziś bywa przypadkowy. Trzeba też uczciwie powiedzieć, że uczestnicy systemu zdążyli się do tego mechanizmu przystosować i zdarza się, że jednostki szkolące próbują manipulować zwalnianiem miejsc rezydenckich po to, żeby pozostawić je dla wcześniej upatrzonych kandydatów. Nasze propozycje są odpowiedzią na te obserwacje. Być może nie zawsze są dokładnie takie, jak rezydenci sobie wymarzyli, ale ich celem jest usprawnienie systemu i większa przejrzystość.

Będziemy też podkreślać, że minister zdrowia odpowiada nie tylko przed parlamentem, lecz także przed całym społeczeństwem za zapewnienie odpowiedniej liczby specjalistów w poszczególnych dziedzinach medycyny. Jeżeli mamy traktować tę odpowiedzialność poważnie, muszą istnieć skuteczne narzędzia pozwalające prowadzić politykę kadrową w ochronie zdrowia.

Mówimy o wyrównywaniu dostępu do opieki zdrowotnej na prowincji, ale lekarze z najlepszym wynikiem egzaminu i pierwszeństwem wyboru nadal będą wybierać duże miasta, a w mniejszych miejscowościach wylądują ci „gorsi”. Jak to się ma do wyrównywania dostępu?

To jest bardzo ciekawy problem. Odpowiem na niego w ten sposób: konstruując system kształcenia, nie tylko zresztą lekarzy, zakładamy, że ludzie różnią się między sobą. Nie oczekujemy, że wszyscy absolwenci studiów będą identyczni ani że wszyscy kończący szkolenie specjalizacyjne czy wcześniej staż podyplomowy będą reprezentowali dokładnie ten sam poziom kompetencji, wiedzy i umiejętności. System opiera się natomiast na pewnych punktach kontrolnych, w których oczekujemy osiągnięcia określonego minimum. Pierwszym takim punktem jest uczelnia, następnie mamy Lekarski Egzamin Końcowy, a później szkolenie specjalizacyjne zakończone egzaminem specjalizacyjnym. Jego celem jest potwierdzenie, że dana osoba osiągnęła minimalny wymagany poziom kompetencji niezbędny do uzyskania statusu specjalisty. Nie oznacza to jednak, że wszyscy specjaliści są tacy sami.

Czytaj więcej

Po PESEL-u lekarza rząd będzie wiedział o prawdziwych zarobkach lekarzy

Krytyce zmian w sposobie rozdziale rezydentur towarzyszy argument, że wróci kolesiostwo z dawnych czasów, czyli przyznawanie miejsc swoim.

Ja rozumiem potrzebę wzbudzania emocji wokół tego tematu, ale ja szczerze mówiąc mam wrażenie, że kolesiostwo ma się dobrze tam, gdzie jest i obecny system wcale mu nie przeszkadza. A nawet mam podejrzenia, że powszechny problem, jaki teraz obserwujemy, czyli to, że lekarze zgłaszają się na szkolenie specjalizacyjne gdzieś w odległym województwie tylko po to, żeby za chwilę się stamtąd przenieść do miejsca, w którym chcą się szkolić – to jest właśnie przykład kolesiostwa. Jakoś nie zauważyłem, żeby rezydentom to przeszkadzało, a jestem święcie przekonany, że żeby takie przenosiny były możliwe, to pewne kontakty jednak są potrzebne.

A teraz takie przenosiny nie będą możliwe.

Nikt nie będzie też więziony tam, gdzie pójdzie na szkolenie. Umowa o pracę na rezydenturze to nie jest cyrograf. Lekarz nie będzie mógł jednak przenieść się do innego ośrodka razem z rezydenturą. Ona zostanie tam, gdzie podjął szkolenie. Chodzi nam o to, żeby ukrócić właśnie to kolesiostwo i przenoszenie się z miejsca na miejsce, czyli pozorowane rozpoczynanie specjalizacji bez takiej intencji, żeby w konkretnym miejscu szkolenie rzeczywiście odbywać.

Teraz jest rynek rezydenta?

Obecny system został skrojony pod kątem swobody działania przez rezydentów, w dużym stopniu ignorując potrzeby systemu i pacjentów, co jest wadą samą w sobie. W tych zmianach, które proponujemy, nie chodzi o to, żeby utrudnić życie rezydentom. To w ogóle nie jest nasza motywacja. Natomiast motywacją jest to, żeby system efektywnie kształcił w tych obszarach i w tych miejscach, gdzie to jest potrzebne pacjentom, a nie głównie w tych obszarach, które są popularne wśród młodych lekarzy.