Lex szarlatan to wystarczające narzędzie, aby ukrócić pseudomedyczne praktyki?

Na obecną chwilę to najlepsze możliwe rozwiązanie, jakie można było zaproponować, aby poradzić sobie z gigantycznym problemem narastającej szarlatanerii. Oczywiście, jak każdy akt prawny, ta ustawa będzie musiała zderzyć się z praktyką. Nie da się przewidzieć wszystkich sytuacji, które pojawią się po jej wejściu w życie, dlatego zakładamy, że w zależności od doświadczeń może wymagać dalszych nowelizacji. Natomiast dziś uważam, że proponowane mechanizmy są wystarczające i jeśli Rzecznik Praw Pacjenta je otrzyma, będą skutecznie wykorzystywane do ochrony pacjentów.

Jak obecnie wygląda skala pseudomedycznych usług w Polsce?

Jest trudna do oszacowania, bo nie ma szerokich badań w tym zakresie, a samo zjawisko nie jest rejestrowane. Nikt przecież nie ogłasza się jako szarlatan czy oszust medyczny. Nasze szacunki są jednak takie, że skala problemu jest duża i stale narasta. Mówimy o osobach, które bardzo świadomie i profesjonalnie wykorzystują media społecznościowe, potrafią budować zasięgi i stosować zaawansowane techniki manipulacji. Przykładem jest sprawa Oskara D., który miał łącznie kilkaset tysięcy obserwujących. To pokazuje, że mamy do czynienia ze zjawiskiem o realnie szerokim zasięgu. Szacujemy, że takich osób, działających w sposób w pełni zorganizowany, może być kilkadziesiąt, w mniejszej skali kilkaset, a tych działających mniej profesjonalnie nawet kilka tysięcy. W zasadzie nie ma dziś obszaru medycyny, z którego nie docierałyby do nas sygnały o takich praktykach.

Jak często pacjenci zgłaszają skargi na szarlatanów?

Ich liczba w dużej mierze zależy od tego, czy dana sprawa staje się publiczna. Jeśli zostanie nagłośniona w mediach i rzetelnie opisana, wtedy pojawia się więcej sygnałów i kontaktów ze strony pacjentów. Trzeba jednak pamiętać o barierze psychologicznej. Osoba oszukana często ma trudność z przyznaniem się do błędu. Towarzyszy temu wstyd i poczucie bezradności. Nie bez znaczenia jest również to, że obecnie Rzecznik Praw Pacjenta nie ma jeszcze pełnych możliwości bezpośredniego przeciwdziałania temu zjawisku. To także nie zachęca do zgłaszania takich sytuacji.

Co konkretnie zmieni ustawa?

Nowelizacja ma przede wszystkim pozwolić działać szybciej: monitorować działalność szarlatanów na bieżąco, ostrzegać obywateli i skuteczniej ograniczać skalę oszustw. Państwo musi mieć możliwość reagowania również wtedy, gdy ktoś świadomie wykorzystuje luki w systemie. Przykładem są tzw. receptomaty. Zdarza się, że po zamknięciu jednego podmiotu niemal natychmiast powstaje kolejny działający na tej samej stronie internetowej i według identycznego mechanizmu. Bez realnych instrumentów finansowych i nadzorczych bardzo trudno skutecznie przeciwdziałać takim praktykom.

Czytaj więcej

Były prezes NFZ: Jestem starym kasiarzem, NFZ to przeżytek

Co decyduje o tym, że dana usługa staje się pseudomedycyną w rozumieniu tej ustawy?

Kluczowe jest to, jakie właściwości ktoś przypisuje oferowanym usługom lub produktom. Ta ustawa nie jest skierowana przeciwko masażom, jodze, akupunkturze czy sklepom zielarskim, pod warunkiem że nikt nie nakłania do stosowania ich zamiast sprawdzonej terapii. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś przekonuje pacjentów, że zioła wyleczą stwardnienie rozsiane albo akupunktura - nowotwór nerki. To nie ma nic wspólnego z medycyną, to jest po prostu oszustwo. Skoro państwo chroni obywateli przed oszustwami finansowymi i piramidami finansowymi, tym bardziej powinno mieć możliwość interwencji wobec osób żerujących na chorobie i strachu pacjentów. Bo mówimy nie tylko o pieniądzach, choć te pseudoterapie często kosztują fortunę, ale przede wszystkim o zdrowiu i życiu ludzi.

Gdzie w takim razie jest granica? Akupunktura jako leczenie wspierające nie będzie ścigana przez Rzecznika, ale reklamowanie suplementów diety jako preparatu, który rozwiąże wszystkie problemy, już tak?

Mniej więcej tak. Sama akupunktura jako forma leczenia wspierającego nie będzie problemem, o ile nikt nie przypisuje jej właściwości, których nie potwierdza nauka. Podobnie jest z suplementami diety: jeśli są legalnie sprzedawane i nie przypisuje się im cudownych właściwości, nie ma podstaw do interwencji. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś oferuje pseudosuplementy za tysiące złotych i przekonuje pacjentkę z guzem piersi, że wyleczy ją nimi zamiast terapii. To jest już skrajna podłość. Taka osoba jest gorsza niż złodziej, bo kradnie nie tylko pieniądze, ale również życie.

To właśnie pacjenci onkologiczni są dziś najbardziej narażeni na takie praktyki?

Najgroźniejsze sytuacje dotyczą pacjentów będących w ciężkim stanie, często na granicy życia i śmierci, którym szarlatan obiecuje cudowne terapie bez żadnych podstaw naukowych. W efekcie część z nich rezygnuje z badań czy leczenia, wierząc, że suplement albo pseudoterapia mogą zastąpić medycynę. Na podstawie zawiadomień do prokuratury, które do tej pory kierowaliśmy, mogę powiedzieć, że w dużej mierze dotyczy to najcięższych chorób. Właśnie na takich przypadkach chcemy się koncentrować, bo często wiążą się one z nakłanianiem pacjentów do rezygnacji z leczenia.

Dotychczas wobec większości praktyk pseudomedycznych państwo było bezradne?

To zbyt daleko idące stwierdzenie. Przypadek Oskara D. pokazał, że organy państwa potrafią reagować i robią to skutecznie. Problem polega jednak na tym, że dziś często trwa to zbyt długo, a osoby wykorzystujące luki w systemie potrafią szybko przenosić działalność do nowych podmiotów czy kolejnych kanałów w Internecie. Dlatego nowe przepisy mają pozwolić działać szybciej i skuteczniej ograniczać skalę takich praktyk.

Czytaj więcej

Zespół Trójstronny bez konkretów? Strony różnie oceniają efekty obrad

Czy Rzecznik zamierza szczególnie monitorować działalność w mediach społecznościowych?

Będziemy monitorować wszystkie przestrzenie, w których mogą pojawiać się takie praktyki, również media społecznościowe. Oczywiście mamy świadomość, że wyzwaniem są m.in. zamknięte grupy na portalach społecznościowych, ale uważam, że projektowane przepisy dają dziś realne możliwości skutecznego reagowania. Naszym celem jest przeciwdziałanie działalności osób, które wykorzystują Internet i media społecznościowe do wprowadzania pacjentów w błąd.

Popyt na pseudomedyczne usługi wynika bardziej z dezinformacji czy z kryzysu zaufania do systemu ochrony zdrowia?

Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie, bo przyczyn jest wiele. Na pewno znaczenie ma poziom edukacji zdrowotnej i łatwość, z jaką dziś rozprzestrzeniają się wprowadzające w błąd treści w mediach społecznościowych. Ale równie istotna jest sytuacja samych pacjentów. Często są to osoby znajdujące się w dramatycznym momencie życia, szukające nadziei i prostych odpowiedzi. Do tego dochodzi szersze zjawisko kryzysu zaufania do instytucji państwa i ekspertów, które bywa świadomie podsycane. Widzieliśmy to bardzo wyraźnie podczas pandemii COVID-19. Podważanie zaufania do medycyny czy instytucji publicznych bardzo często staje się narzędziem do budowania wpływu i wiarygodności przez osoby oferujące pseudoterapie. Jest też pewien aspekt psychologiczny. Łatwiej uwierzyć w prostą obietnicę „szybkiego rozwiązania” niż zaakceptować trudne, długotrwałe i obciążające leczenie. I właśnie to wykorzystują osoby świadomie manipulujące pacjentami.

Czy ta ustawa nie jest bardziej walką ze skutkami problemu niż jego przyczynami?

Oczywiście najlepiej byłoby doprowadzić do sytuacji, w której po prostu nie ma popytu na tego typu usługi. Im większa wiedza medyczna społeczeństwa, tym trudniej manipulować pacjentami i tym mniej przestrzeni dla szarlatanów. Jednocześnie trzeba pamiętać, że edukacja jest procesem długotrwałym, a problem istnieje już dziś. Są pacjenci, którzy padają ofiarą osób świadomie wykorzystujących ich strach, niewiedzę czy desperację. Skala wyzwań jest zresztą dużo większa niż kiedyś. Internet, media społecznościowe czy narzędzia sztucznej inteligencji pozwalają bardzo szybko docierać do ogromnej liczby osób i tworzyć przekazy, które bywają trudne do odróżnienia od wiarygodnych informacji. Działania edukacyjne już są prowadzone, zarówno przez organizacje pacjenckie, kampanie społeczne, jak i w ramach edukacji zdrowotnej. Sama debata publiczna wokół tej ustawy ma wymiar edukacyjny, bo pokazuje społeczeństwu skalę problemu. Natomiast edukacja i skuteczne przepisy muszą działać równolegle.

Czytaj więcej

Ilu lekarzy w Polsce zarabia powyżej 100 tys. złotych? Poznaliśmy dane

Pracodawcy mówią, że przepisy są zbyt szerokie i mogą uderzać w legalnie działające podmioty.

Rozumiem argumentację pracodawców i obawy związane z tym, że Rzecznik Praw Pacjenta otrzymuje dodatkowe uprawnienia kontrolne. Trzeba jednak jasno powiedzieć: rolą Rzecznika jest ochrona pacjenta tam, gdzie dochodzi do naruszeń jego praw. Te przepisy nie są wymierzone w legalnie działające placówki, ale mają umożliwić skuteczne reagowanie w sytuacjach rażących naruszeń praw pacjenta. Przykładem są choćby receptomaty, gdzie dochodziło do obchodzenia przepisów i wystawiania recept bez realnego kontaktu z pacjentem. Jeśli podobne rozwiązania mają być stosowane wobec pseudomedycznych działalności czy szarlatanów, muszą być skuteczne również tam, gdzie pojawiają się podobne naruszenia w systemie ochrony zdrowia.

Pracodawcy zgłaszają również obawy, że nowe przepisy pozwolą na karanie dyrektorów placówek medycznych za problemy z jakością.

Nie widzę podstaw do takich obaw. Te przepisy nie mają służyć karaniu za ogólne problemy z jakością czy funkcjonowaniem placówek. Kluczowa jest tu przesłanka umyślności, czyli sytuacji, w której ktoś świadomie, przez działanie lub zaniechanie, dopuszcza do naruszenia prawa. To nie jest mechanizm automatyczny ani rozwiązanie wymierzone w dyrektorów placówek. Chodzi wyłącznie o sytuacje skrajne, w których dziś brakuje skutecznych możliwości reakcji.

Od czego będzie zależała wysokość kar nakładanych przez Rzecznika?

Ustawa precyzyjnie wskazuje, jakie okoliczności będą brane pod uwagę przy ustalaniu wysokości kary. Znaczenie będzie miał m.in. charakter naruszenia, jego skala, stopień zagrożenia dla pacjentów oraz czas trwania. Istotne będzie również to, czy dany podmiot współpracował z Rzecznikiem Praw Pacjenta, a także jego sytuacja finansowa. To oznacza, że kara będzie każdorazowo dostosowywana do konkretnej sytuacji. Nie można tego traktować jako dowolności decyzji, bo Rzecznik będzie związany ustawowymi przesłankami, a każda decyzja będzie podlegała kontroli sądowej. Podobne rozwiązania funkcjonują już w innych instytucjach, takich jak UOKiK, UODO czy KNF. Tam również nie ma sztywnych taryfikatorów, a decyzje opierają się na ustawowych kryteriach i orzecznictwie sądów administracyjnych. Maksymalna kara miliona złotych ma być stosowana wyłącznie w najpoważniejszych przypadkach, np. gdy ktoś świadomie oferuje pseudoterapie pacjentom onkologicznym i naraża ich na utratę szansy na leczenie czy życia.

Co będzie testem skuteczności tej ustawy?

Pierwsze decyzje i ostrzeżenia wydawane przez Rzecznika Praw Pacjenta. To pokaże, czy państwo rzeczywiście potrafi skutecznie reagować i nie oddaje pola szarlatanom. Drugim testem będzie to, czy osoby oferujące pseudoterapie przestaną działać z poczuciem całkowitej bezkarności, czyli publicznie reklamować swoje metody, kpić z instytucji państwa i przekonywać pacjentów, że „nic nie można im zrobić”.