Z tego artykułu dowiesz się:

  • Czym są tzw. pokoje narodzin i jakie podmioty są nimi zainteresowane?
  • Dlaczego szpitale publiczne nie są zainteresowane tworzeniem pokojów narodzin?
  • Co zmiany w sieci porodówek oznaczają dla ciężarnych?
  • Gdzie i dlaczego zamyka się porodówki?

Rozporządzenie umożliwiające uruchomienie pokoju narodzin weszło w życie z końcem stycznia, a już w lutym Narodowy Fundusz Zdrowia wycenił to świadczenie. Mimo to żaden ze szpitali publicznych nie zdecydował się dotąd na jego zakontraktowanie. Jak informowaliśmy w „Rzeczpospolitej”, pokoju narodzin nie zamierza uruchomić Szpital w Lesku, choć można powiedzieć, że rozwiązanie to powstało właśnie z myślą o nim. A szerzej: o terenach, gdzie kobiety nie mają dostępu do oddziału położniczego. Zainteresowany jest za to Szpital Specjalistyczny Artmedik w Jędrzejowie sp. z o.o. w województwie świętokrzyskim.

Reklama
Reklama

Szpital Specjalistyczny Artmedik w Jędrzejowie z pokojem narodzin. Dwa szpitale, jeden biznes

Utworzenie pokoju narodzin w szpitalu w Jędrzejowie opiniuje teraz konsultant wojewódzki w dziedzinie ginekologii i położnictwa dla regionu świętokrzyskiego. Jego opinia jest konieczna, żeby placówka mogła zakontraktować świadczenie z NFZ. Jak słyszymy nieoficjalnie, będzie pozytywna.

Do końca kwietnia 2024 r. w Jędrzejowie działał oddział ginekologiczno-położniczy. Teraz została ginekologia, ale w szpitalu wciąż pracują położne. – Utworzenie pokoju narodzin nie jest więc dla nas dużym problemem, zwłaszcza że w okolicy nie ma szpitala z porodówką – mówi „Rzeczpospolitej” Agnieszka Nawrot, pełnomocnik zarządu Szpitala Specjalistycznego Artmedik w Jędrzejowie. Jak dodaje, pacjentki z powiatu jędrzejowskiego i okolic muszą obecnie jeździć do Kielc lub Miechowa.

Czytaj więcej

„Rzeczpospolita” ustaliła: Lesko nie tylko bez porodówki. Nie będzie też pokoju narodzin

Z Jędrzejowa na porodówkę najbliżej jest do Kielc – ok. 40 km do Szpitala Kieleckiego św. Aleksandra sp. z o.o., który wchodzi w skład Grupy Artmedik. Placówka w Jędrzejowie również należy do tej spółki, a na czele obu stoi ta sama osoba – prezes Maciej Wróbel. Rodząca, która trafi do Jędrzejowa, może więc zostać przewieziona na porodówkę w Kielcach w ramach tej samej firmy. – Nasze szpitale stale ze sobą współpracują. Ta współpraca funkcjonuje również w obecnej sytuacji. Jeśli pojawi się potrzeba przetransportowania kobiety ciężarnej lub po porodzie do Kielc, mamy zabezpieczenie w postaci naszego drugiego szpitala – mówi pełnomocnik zarządu.

Oba szpitale z Grupy Artmedik przynoszą zysk – ten w Jędrzejowie 953 mln zł za 2024 r., a kielecki – 6,2 mln zł. Zapytaliśmy, czy utworzenie pokoju narodzin opłaca się placówce w Jędrzejowie. – Dyrekcja i prezes na pewno to przeliczyli i przeanalizowali. Z naszej strony jest pełna gotowość oraz chęć otwarcia takiego pokoju – mówi Agnieszka Nawrot. Przyznaje też, że od zamknięcia oddziału położniczego w szpitalu w Jędrzejowie nie było żadnego porodu.

Dlaczego w szpitalach publicznych nie będzie pokojów narodzin? „To się po prostu nie spina”

Za każdy dzień funkcjonowania pokoju narodzin Narodowy Fundusz Zdrowia zapłaci 8 664 zł – bez względu na to, czy w szpitalu pojawi się rodząca, czy też nie. – Nie rozumiem, jak to ma się finansowo spiąć – mówi „Rzeczpospolitej” profesor ginekolog, który chce pozostać anonimowy. Jak wyjaśnia, zarządzenie prezesa NFZ wymaga zapewnienia przez szpital położnej, kierowcy karetki i ratownika dostępnych 24 godziny na dobę wyłącznie na wypadek transportu rodzącej lub porodu. – Licząc skromnie 100 zł na godzinę dla każdego z pracowników, same koszty personelu to 7 200 zł dziennie. Do tego karetka, paliwo, sprzęt, pomieszczenie... To się po prostu nie spina – ocenia lekarz.

Czytaj więcej

Ponad 3 mln zł rocznie za prowadzenie pokoju narodzin

W centrali NFZ słyszymy jednak, że wycena pokoju narodzin jest przyzwoita, a utworzenie takiego punktu może być bardziej lub mniej opłacalne w zależności od regionu. Koszty personelu są bowiem różne i paradoksalnie mogą być wyższe na prowincji, gdzie trudniej o przyciągnięcie do pracy personelu medycznego.

Dlaczego jednak utworzenie pokoju narodzin opłaca się w Jędrzejowie, a nie opłaca się w Lesku? – Być może szpital ma dobrą sytuację finansową, nie obawia się braku realizacji na czas zobowiązań finansowych z NFZ i widzi swoje miejsce na mapie zabezpieczenia rodzących – komentuje prof. Ewa Wender-Ożegowska, konsultant krajowa w dziedzinie ginekologii i położnictwa.

Lekarz ginekolog sugeruje zaś, że prywatne placówki często inaczej interpretują przepisy lub je naginają. Zwraca też uwagę, że Lesko w województwie podkarpackim jest ewenementem w skali kraju i systemowe rozwiązania tam nie pasują. – To miejsce wymaga indywidualnego podejścia i dodatkowego dofinansowania, bo rodząca w górach nie może zostać bez opieki – ocenia. – Cała sieć porodówek w kraju – dodaje – wymaga jednak centralizacji ze względu na bezpieczeństwo rodzących.

Czytaj więcej

W cztery tygodnie nowego roku zlikwidowano 18 porodówek – ustaliła „Rzeczpospolita”

Tylko sześć porodów „ulicznych” w całej Polsce

Zdaniem ginekologa niebezpieczeństwo dla ciężarnych leży gdzie indziej niż w likwidacji oddziałów z niewielką liczbą porodów. – Są szpitale, które mają ok. 300-350 porodów rocznie i pięciu lekarzy na specjalizacji ginekologicznej. Uwzględniając normy dotyczące godzin pracy i fakt, że połowa porodów to cięcia cesarskie, taki rezydent widzi realnie 10 porodów w ciągu roku. On nic nie będzie umiał z porodów jako specjalista. I tu tkwi problem z bezpieczeństwem rodzących, bo teraz jeszcze sobie poradzimy – jeszcze są ci, którzy to umieją, ale za 10 lat będą już głównie ci, którzy widzieli tylko 10 porodów rocznie – wskazuje nasz rozmówca.

Zwraca też uwagę, że nawet jeśli w szpitalu jest mało porodów, to statystycznie nadal zdarzają się powikłania przy porodzie. – Jeżeli taki szpital powiatowy widzi krwotok poporodowy spowodowany atonią macicy raz na dwa, trzy lata, to myśli pani, że tam są pod ręką wszystkie leki, które trzeba podać takiej pacjentce? Na pewno nie ma – mówi ginekolog. Jego zdaniem to dodatkowy argument za centralizacją.

Foto: Paweł Krupecki

Mimo podobnych głosów ciężarne z terenów oddalonych o wiele kilometrów od najbliższej porodówki mogą się obawiać, że nie dotrą do szpitala na czas. Zdaniem lekarza to lęk, który nie ma jednak oparcia w liczbach. Od 2015 r. funkcjonuje bowiem standard organizacyjny opieki okołoporodowej, według którego podczas ciąży należy przygotować plan porodu wraz ze wskazaniem jego miejsca. – W zeszłym roku w całej Polsce było tylko sześć porodów „ulicznych”, czyli takich, które całkowicie zaskoczyły kobietę. Dopasowywanie całego systemu do sześciu przypadków jest bezzasadne – uważa profesor.

Z danych NFZ pozyskanych przez „Rzeczpospolitą” wynika, że w ubiegłym roku poza szpitalem urodziło się 506 dzieci. Do takich przypadków zalicza się np. porody domowe, w karetce czy wspomniane porody „uliczne”. W 2024 r. było ich 615, a przed dziesięcioma laty 646.

W kontekście Leska prof. Wender-Ożegowska wskazuje, że według jej wiedzy zamknięcie oddziału porodowego w tym szpitalu nie spowodowało wzrostu porodów „karetkowych” w regionie, bowiem ciężarne objęte opieką w ciąży wiedzą, gdzie powinny się udać w przypadku rozpoczętej akcji porodowej.

Porodówki w Polsce, czyli odpowiedzialność rozproszona

W dyskusji o porodówkach resort zdrowia koncentruje się na argumencie dotyczącym bezpieczeństwa pacjentek. – Chcemy, żeby na oddziałach odbywały się minimum dwa porody dziennie, czyli siedemset parę porodów rocznie, bo wtedy personel nie traci swoich umiejętności zawodowych – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski. Zapowiedział też, że w połowie roku ministerstwo przedstawi propozycję sieci położniczej.

– Oficjalnie o zamykaniu porodówek słyszymy dwie różne opowieści – mówi „Rz” dr Maria Libura, kierowniczka Zakładu Dydaktyki i Symulacji Medycznej Collegium Medicum Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. – Ma to być chłodna, racjonalna odpowiedź na spadek liczby urodzeń, w dodatku podyktowana troską o bezpieczeństwo rodzących i ich dzieci, a do tego mają być zamykane oddziały, których kobiety unikają. Sęk w tym, że znikają także porodówki dobrze oceniane przez pacjentki, te z czołówki rankingu Fundacji Rodzić po Ludzku. Trudno więc utrzymywać, że chodzi tu po prostu o jakość i bezpieczeństwo, a nie przede wszystkim o ograniczanie kosztów NFZ – komentuje.

Zdaniem dr Libury likwidacja porodówek w mniejszych, słabo skomunikowanych ośrodkach uderza przede wszystkim w kobiety z regionów już i tak dotkniętych deficytem usług publicznych. Jednocześnie nie stać ich na prywatną opiekę i szpitale. – Alternatywy, nawet te osławione pokoje narodzin, pozostają na papierze, gdy oddziały naprawdę znikają. W efekcie państwo wysyła czytelny sygnał: prowincja to nie jest miejsce do życia – mówi badaczka.

Jak zauważa, argument demograficzny bywa tu wygodnym uzasadnieniem, ale nie może przesłaniać faktu, że system ochrony zdrowia to usługa publiczna, do której obywatel ma prawo. – W przypadku obronności inwestujemy w czołgi, choć inwazja lądowa wydaje się mało prawdopodobna. A w ochronie zdrowia zamykamy szpitale, nie przygotowując wcześniej infrastruktury, która je zastąpi – wskazuje Libura.

Dodaje też, że jeśli celem jest rzeczywista poprawa jakości i bezpieczeństwa, potrzebujemy przemyślanej reorganizacji: sieciowania placówek, egzekwowania standardów jakości i dostępnego transportu, publicznego i medycznego. A rządzący unikają takich reform, bo w przeciwieństwie do chaotycznych decyzji pojedynczych samorządów – przemyślana reforma wiąże się z odpowiedzialnością polityczną.

Czytaj więcej

Estera Flieger: Kosztowny błąd Donalda Tuska w sprawie porodówki w Lesku. Skorzysta Konfederacja

– Dziś, kiedy pojawia się protest lokalnej społeczności, jak w Lesku, możemy obserwować dobrze znany spektakl: wszyscy są za bezpieczeństwem kobiet, w zasadzie nikt nie stoi za decyzją o zamknięciu oddziału. Odpowiedzialność rozprasza się idealnie – jakby była kosztem, który system nauczył się optymalizować bardziej skutecznie niż świadczenia – podsumowuje dr Libura.