Oprócz szerokich możliwości leczenia, które decydują o tym, że chorzy wybierają konkretny SOR, dyrektor szpitala w Inowrocławiu upatruje przyczyn obłożenia oddziałów ratunkowych w niedoskonałościach systemu. – Niestety, taka sytuacja jest również konsekwencją funkcjonowania podstawowej opieki zdrowotnej (przychodnie lekarzy rodzinnych – red.). Wielu pacjentów trafia dziś na SOR dlatego, że nie ma wystarczającego dostępu do świadczeń w ramach POZ. Lekarz rodzinny w obecnym modelu kapitacyjnym (ryczałt od przypisanego pacjenta, wypłacany bez względu na to, czy pacjent skorzystał z opieki medycznej czy nie – red.) musi finansować część badań z własnej stawki, co sprawia, że nie zawsze jest zainteresowany pogłębianiem diagnostyki. To jeden z problemów. Drugim są braki kadrowe w POZ – tłumaczy Myśliwiec. W praktyce w wielu powiatach zaczyna brakować lekarzy rodzinnych, a ci, którzy jeszcze przyjmują, to osoby w wieku okołoemerytalnym, które wkrótce zakończą praktykę.
– Narasta bardzo poważny problem organizacyjny, a system ratunkowy przejmuje zadania, które w założeniu powinny być realizowane w podstawowej opiece zdrowotnej. W efekcie bardzo duża liczba pacjentów leczy się na SOR-ze. Już około godziny 16.00 zaczyna ustawiać się kolejka – mówi Myśliwiec. Potwierdzają to analizy danych ze strony pacjent.gov.pl – najdłuższe kolejki na oddziałach ratunkowych są między godziną 15 a 21.
Foto: rp.pl/Weronika Porębska
Sztuczne kumulowanie pacjentów na SOR-ach
Zdaniem dolnośląskiego konsultanta wojewódzkiego w dziedzinie medycyny ratunkowej dr. Janusza Sokołowskiego, z analizy danych rocznych wynika, że w pierwszej dziesiątce szpitali, które przyjmują najwięcej karetek, są dwa szpitale z Wrocławia: Uniwersytecki Szpital Kliniczny oraz Szpital im. Tadeusza Marciniaka. Dane te nie uwzględniają transportów Lotniczym Pogotowiem Ratunkowym (LPR). Gdyby doliczyć pacjentów, którzy docierają na SOR w ten sposób, obciążenie szpitala uniwersyteckiego byłoby jeszcze większe, ponieważ przyjmuje on większość zespołów LPR z terenu Dolnego Śląska.
– Pacjent zgłaszający się sam ma prawo wybrać szpital, który uzna za najlepszy i na ten wybór nie mamy bezpośredniego wpływu. Lekarze podstawowej opieki zdrowotnej mogą co najwyżej sugerować miejsce zgłoszenia, korzystając np. z aplikacji pokazujących kolejki na SOR, aby wskazać placówkę, w której czas oczekiwania jest krótszy, a zakres opieki – zwłaszcza internistycznej – pozostaje taki sam – mówi Sokołowski. Inaczej wygląda sytuacja w przypadku transportów karetką. Zdaniem konsultanta wojewódzkiego, tu nie powinno dochodzić do tak dużych dysproporcji. – Nie może być tak, że dwa szpitale we Wrocławiu przyjmują porównywalną liczbę pacjentów co kilka innych placówek łącznie. Podobnie szpital w Legnicy, obsługujący obszar około 200 tys. mieszkańców, przyjmuje zdecydowanie więcej pacjentów niż niektóre oddziały ratunkowe we Wrocławiu – podkreśla.
W tym kontekście kluczowe okazują się decyzje dyspozytorni medycznej oraz zespołów ratownictwa medycznego. To ratownik medyczny na miejscu zdarzenia – ewentualnie w porozumieniu z dyspozytorem – decyduje, do którego szpitala zostanie przewieziony pacjent. – Działania te powinny zmierzać do możliwie równomiernego rozłożenia pacjentów między placówki: tych, których można skierować do izb przyjęć, należy tam kierować, a pacjentów na SOR – rozdzielać tak, aby kolejki były zbliżone w różnych szpitalach. Obecna sytuacja prowadzi bowiem do sztucznego kumulowania dużej liczby pacjentów w wybranych jednostkach. Szpitale, które dziś przyjmują najwięcej chorych, są dobrze zorganizowane i radzą sobie z tym obciążeniem, jednak pacjenci widząc tłok, często odczuwają niepokój i zastanawiają się, skąd bierze się tak duża liczba oczekujących – mówi Sokołowski.