Jak dziś wygląda leczenie nowotworów?

Współczesna onkologia proponuje szereg możliwości, które dobiera się do rodzaju nowotworu, indywidualnie u każdego pacjenta. Na podstawie dzisiejszej wiedzy śmiało możemy powiedzieć, że jest tyle typów nowotworów, ilu jest chorych. U nas działa 16 wielospecjalistycznych centrów onkologicznych, które kompleksowo leczą. Są też placówki, które wykonują głównie operacje, tymczasem leczenie chorych na raka wymaga skoordynowanej opieki. I nie tyle liczy się czas rozpoczęcia leczenia, ile jak najszybsze jego zakończenie. Teraz radioterapię można i należy stosować natychmiast po zabiegu, dlatego najpierw trzeba mieć wyznaczony termin radioterapii, a dopiero potem operacji. By stworzyć jak największe szanse wyleczenia, czasem leczenie musi być wyjątkowo agresywne. Narażamy chorych na przejście przez piekło, ale ono mija, a szanse na wyzdrowienie są większe. W Polsce dominuje leczenie sekwencyjne, a nie skojarzone. Chorzy poddawani są operacji usunięcia guza, a potem często czekają na kolejne etapy leczenia, czyli na radioterapię i chemioterapię. Jednocześnie odsyłani są z jednego ośrodka do drugiego, bo tylko w niektórych placówkach jest sprzęt do radioterapii. Niepotrzebnie wydłuża to czas leczenia. Ponadto w ten sposób marnowane są pieniądze, zdarza się bowiem, że takiego chorego jeszcze raz musimy operować.

Idealnie by było, gdyby każdy chory mógł się leczyć w jednym miejscu.

Tak. Ale o tym decyduje zespół specjalistów. Ludzie są zagubieni, nie wiedzą, dokąd się udać, kto i jak będzie ich leczył. Niepotrzebnie też są straszeni, że lekarze są źli, że liczą się dla nich pieniądze, a nie pacjent. U mnie w Instytucie dziennie przyjmujemy średnio 1300 chorych. Lekarze przyjmują do ostatniego pacjenta. Ale przy takich ilościach na pewno nie poświęcają mu tyle czasu, ile by chcieli. Do tego dochodzi jeszcze biurokracja, która zabiera mnóstwo czasu. Lekarz, zamiast pytać o chorobę, pyta o PESEL i inne dokumenty. Poza tym jest jeszcze inny problem. Bardziej złożony. Chcielibyśmy, by NFZ kontraktował w onkologii pakiety świadczeń, a nie pojedyncze procedury, żeby pieniądze płacone na ZUS trafiały głównie do publicznych placówek, a nie tych komercyjnych, często nastawionych jedynie na biznes. Według mnie, gdyby o 10 proc. uległ zwiększeniu budżet NFZ na ośrodki wielospecjalistyczne, to znacznie zmniejszyłyby się kolejki do specjalistów. Czarna dziura w polskim systemie to również brak kontaktów między specjalistami i lekarzami pierwszego kontaktu. Lekarz rodzinny wysyła do onkologa, ale już nie wskazuje, do kogo ten chory powinien iść. Jest wiele do zrobienia, mamy gotowe narzędzia i rozwiązania i wiemy, jak to zrobić, by sytuacja się poprawiła.

Trochę też sami jesteśmy sobie winni, że chorujemy, bo zaniedbujemy badania profilaktyczne. Nasze zdrowie jest w naszych rękach i nikt lepiej o nie nie zadba. Od lat istnieje program profilaktyczny wczesnego wykrywania raka piersi. I mimo że badania są dostępne i bezpłatne, skorzystało z nich do tej pory tylko 35 proc. kobiet. To samo dotyczy oznaczania antygenu raka jajnika u kobiet, który przebiega w sposób utajony i ujawnia się dopiero w zaawansowanej, trudnej do leczenia formie. Podobnie jak antygen raka prostaty u mężczyzn. Te badania kosztują kilka złotych i pozwalają na wykrycie zmian i uniknięcie zagrożenia. Nie robimy ich. W USA, Danii i Szwecji nie finansuje się już badań profilaktycznych, bo zainteresowanie nimi było niewielkie, a pieniądze szły ogromne. Udowodniono, że samobadanie piersi i przez lekarzy pierwszego kontaktu daje taki sam poziom wykrycia raka, jak badania screeningowe. W innych krajach jest tak, że jeśli pacjenci nie robią obowiązkowych badań, to gdy zachorują, trafiają na koniec kolejki do leczenia, bo nie dbali o zdrowie. W Finlandii np. każda kobieta ma obowiązek wykonania mammografii. Popieram takie działania.

rozmawiała a.u.