Czy dlatego, że zbyt mało o nim wiemy, a może nie mamy wpływu?

Miasto, a więc mury i mieszkańcy. W starożytnym Rzymie urbs wobec civitas. Dzisiaj miasto to bardziej budynki i ulice, a więc widoczny wymiar społeczności miasta. Gdzie się skrywa społeczność miejska? Może pod hasłem „mój dom moją twierdzą", nie mamy potrzeby działania na rzecz wspólnych miejsc. Bo gdy jesteśmy indywidualistami, zapominamy, że jesteśmy społecznością miejską. A jako społeczność musimy umieć współdziałać i współpracować, czyli być civitas.

To trudne i jest też w tym pojęciu sprzeczność, bo ja i my w mieście możemy być w konflikcie. Przecież chciałbym mieć poczucie swobody, a jednak muszę poddać się regułom życia miejskiego, które tworzy wspólnotę. A wspólnota to po prostu samorząd miasta czy naszej gminy. Wiemy, że ogranicza, nie zawsze dostrzegamy, że wspiera. Czy dlatego, że zbyt mało o nim wiemy, a może nie mamy wpływu?

Bo mimo wyborów jest przecież wiele decyzji do podjęcia, nie zawsze o wszystkim wiemy, a nawet nie zdajemy sobie sprawy, że mogą nas dotyczyć. Więc potrzebny otwarty miejski dialog i prawo współdecydowania. To prawo to referendum miejskie. W Szwajcarii działa powszechnie. Jest efektywne, mimo że wyniki często są sprzeczne z ambicjami lokalnych władz. Ale może właśnie w tym wartość wspólnej decyzji, gdy dotyczy spraw, które nas bezpośrednio dotyczą. Ale jeżeli podejmujemy decyzję, to za nią odpowiadajmy. W Szwajcarii poprzez swoją miejską część podatku to dyscyplinuje. Ale aby wspólnota miejska mogła skutecznie działać, musi istnieć wspólnota miejsca, w którym żyjemy, a więc ulicy, skweru, może osiedla.

Ta mikrospołeczność miejska, wspólnota sąsiedzka, czyli neighborhood unit, istnieje w nauce urbanistyki już od początku XX wieku. To jest wartość społeczna, która powinna mieć odzwierciedlenie również w formule prawa. Dzisiaj nie mamy możliwości, aby wspólnota mieszkańców ulicy mogła wiążąco opiniować propozycje zmian swojego otoczenia. Bo to przeszkadza rozwojowi. A to słowo dominuje nad naszym życiem, stało się „królem", a przecież miało służyć nam, wspólnocie, również wspólnocie sąsiedzkiej. Stąd i ruchy miejskie zyskujące coraz większą popularność.

To jakby ponownie emocja sprzeciwu i wspólnego działania jak sprzed 1990 roku, ówczesnych Komitetów Obywatelskich. A ich siła ciągle jest obecna w naszej samorządności. Bo przecież ponad 82 proc. burmistrzów, prezydentów i wójtów to kandydaci niezależnych komitetów. Może więc prawo do decydowania w formule referendum bezprogowego byłoby odnowieniem wartości reformy samorządowej, ale w połączeniu z lokalnym wymiarem naszego podatku.

Zmiany potrzebują partnerów, tak jak i społeczność miejsca. Kiedy książę Walii w 1986 roku założył fundację edukacyjną Instytut Architektury, zaproponował, aby architekci związali się z lokalnymi społecznościami, aby byli architektami tych społeczności. To realizowana przez Ralpha Erskina idea, aby projektować przy udziale mieszkańców. Dzisiaj architekci są częściej partnerami inwestorów, deweloperów, a społeczność, komitet mieszkańców staje się dla nich problemem.

A przecież powołane ponad 100 lat temu Towarzystwo Urbanistów Polskich przypomina, że wartością miasta jest jego społeczność. Mury mogą upaść, ale społeczność zostanie, czego w dramatyczny sposób doświadczaliśmy w Polsce. Miasta możemy odbudować, ale czy jego wspólnotę?