Chlamydia szerzy się na pierwotnym siedlisku koali w Nowej Południowej Walii i Queensland na wschodnim wybrzeżu kraju. Z badania, które trwało 17 lat wynika, że w populacji koali następuje katastrofalny spadek. Co więcej, choroby tych zwierząt pogarsza ich stres związany z utratą siedlisk. Rząd australijski podkreśla, że torbacze te są wyjątkowo „wrażliwe”.
Czytaj także: Za 30 lat świat bez misiów koala?
Według Australian Koala Foundation, chlamydia, infekcja bakteryjna przenoszona drogą płciową, która powoduje ślepotę, niepłodność, a nawet śmierć, jest jednym z zagrożeń, które doprowadzić może do wyginięcia koali. - Ta ostatnia duża, odizolowana populacja wolna od chlamydii ma istotne znaczenie jako ubezpieczenie dla przyszłości gatunku - powiedziała Jessica Fabijan, autorka badania.
Naukowcy schwytali (a następnie wypuścili na wolność) 75 dzikich koali z pasm górskich Lofty. Porównali je ze 170 koalami z Wyspy Kangura, oddalonej o około osiem mil od wybrzeża południowej Australii. Lekarze weterynarii badali obie grupy pod kątem chlamydii. Choć 47,5 proc. z nich ją miało, u żadnego z osobników z wyspy nie występowały objawy choroby.
Naukowcy szacują, że na Wyspie Kangura jest około 50 000 osobników tego gatunku, i twierdzą, że troska o tę populację może pomóc zrównoważyć straty w innych miejscach.
- Przyszłościowe zdrowie koali w Australii Południowej ma zasadnicze znaczenie dla zapewnienia przetrwania gatunku w całej Australii, biorąc pod uwagę znaczny spadek w stanach wschodnich - powiedział Brenton Grear, rzecznik Departamentu Środowiska w Australii Południowej.
Naukowcy szukają sposobów na powstrzymanie epidemii chlamydii. - Obecnie trwają próby szczepień, aby chronić je przed infekcją, ale jest to ciężka bitwa - podkreśliła Fabijan.
Na razie koale na Wyspie Kangura są największą nadzieją dla tego gatunku.