Jan A.P. Kaczmarek przez lata w USA żył w cieniu bankructwa

– W pewnym sensie czuję się rozbitkiem. Przecież po tylu latach emigracji nie jestem już takim Polakiem, jakim byłem przed wyjazdem z kraju, a w żadnej mierze nie zostałem typowym Amerykaninem – mówił o sobie Jan A.P. Kaczmarek.

Publikacja: 21.05.2024 18:56

Kompozytor Jan A.P. Kaczmarek

Kompozytor Jan A.P. Kaczmarek

Foto: PAP/Adam Warżawa

Pierwszy w rodzinie muzykę do filmów komponował dziadek.

– Dziadek Kazimierz Maciński był skrzypkiem i miał mały zespół, kwintet fortepianowy, który grał aktualne przeboje do niemych filmów – wspominał kompozytor. – Gdy trzeba było, dziadek komponował coś własnego. Zmarł, kiedy miałem dziewięć lat. Nie mieliśmy za dużo czasu, żeby poważnie porozmawiać. Wprowadzał mnie w swój muzyczny świat, zabierał w kościele na chór, gdzie w uroczystych chwilach grał na skrzypcach. Przesiadywałem tam zdumiony odmiennością perspektywy, niewidoczny dla uczestników nabożeństwa. No i był jeszcze ten pełen tajemniczości moment wejścia po krętych schodach.

Czytaj więcej

Jan A.P. Kaczmarek nie żyje. Słynny kompozytor miał 71 lat

Jan A.P. Kaczmarek i Orkiestra Ósmego Dnia

Mama kompozytora marzyła, żeby został śpiewakiem.

- Potem skrzypkiem. I kiedy miałem sześć lat, rodzice kupili mi skrzypce. Zakochałem się w tym instrumencie od pierwszego wejrzenia. Już pierwszej nocy wziąłem go do łóżka, przykryłem czule kołdrą. Potem o mojej miłości zapomniałem i, jak zwykle z dużym rozmachem, wskoczyłem do łóżka. Taki był koniec kariery skrzypka. Fortepian to solidny instrument, nic mu z mojej strony nie groziło. Gra na nim stała się torturą, kiedy ruszyły hormony nastolatka. Czas było na przygodę, a ja musiałem ćwiczyć Bacha. O granie trwała w domu wojna. W ósmej klasie udawałem kontuzję, bandażowałem prawą rękę, żeby nie grać.

Czytaj więcej

Jan A. P. Kaczmarek. Marzyciel, który dostał Oscara

Fascynacja kinem pojawiła się później.

- Debiutowałem w Laboratorium Jerzego Grotowskiego, bo kiedy dorastałem, najważniejszy okazał się teatr. Tam dotykało się tajemnicy. To była prawdziwa intelektualna przygoda. Kino stało się niepoważnym celuloidowym światem. Tak naprawdę odkryłem je dla siebie dopiero w Ameryce. Z perspektywy małych miasteczek świat wydaje się niedostępny, tajemniczy. Ale małe miasteczka uruchamiają też wyobraźnię. Zawsze wierzyłem, że to jest część mojej siły napędowej. Ludzie z prowincji odczuwają często znacznie większy głód przygody niż ich rówieśnicy z metropolii. Konin był naprawdę małym miasteczkiem. Dopiero zaczynała się socjalistyczna rewolucja przemysłowa, budowano huty i elektrownie. Nad Wartą są niezwykle romantyczne miejsca, gdzie chodziłem na pierwsze randki. Czasami robię wycieczki w przeszłość i przypominam sobie tamte zapachy.

Przepustką w świat była Orkiestra Ósmego Dnia.

– Kiedy opuszczałem kraj, Orkiestra Ósmego Dnia, najmniejsza orkiestra świata, była u szczytu popularności. Podejmowano nas z wszelkimi honorami. Pod słynną londyńską Queen Elisabeth Hall podstawiono dla naszej trójki autobus, bo dosłownie wzięto naszą nazwę. Zacząłem eksperymentować w nowej dla nas sferze multimediów – wideo, komputerów połączonych z muzyką na żywo. W Kalifornii, gdzie wylądowałem, zamierzałem pójść właśnie w tę stronę. Marzyłem o stworzeniu teatru muzyki, który byłby rodzajem współczesnej, multimedialnej opery. Ale Los Angeles jest miejscem zdominowanym przez kino, tylko tam się toczy prawdziwe życie. Musiałem też z czegoś żyć, więc film stał się naturalnym oparciem dla mojej muzyki.

Czytaj więcej

Wystawa: „Jan A.P. Kaczmarek – Marzyciel”

Jan A.P. Kaczmarek i horror pieniędzy

Najpierw w Ameryce skomponował muzykę do horroru „Jasna krew”.

– Przez dłuższy czas, zanim otrzymałem wartościowe propozycje, udawałem człowieka sukcesu, będąc zadłużonym na sto tysięcy dolarów i żyjąc pod presją bankructwa. Przeżyłem tak cztery lata. Starałem się o tym nie myśleć, inaczej bym oszalał. Amerykanie są w tej konkurencji mistrzami. Musiałem im dorównać. A to wymagało sporo nauki, bo przecież w tamtych czasach w Polsce nie było kart kredytowych. Za wszystko płaciło się gotówką. W Stanach wszyscy żyją na kredyt, choć nie na takim poziomie ryzyka, jakie ja podjąłem. Starają się też nie brać kredytu, kiedy nie mają już żadnych dochodów. Ale wtedy Ameryka przeżywała okres wielkiego optymizmu. Pieniądze pożyczano bez problemu, wystarczyło spłacić minimalną sumę zadłużenia miesięcznie, żeby natychmiast dostać kolejną kartę kredytową na jeszcze więcej pieniędzy. Miewałem karty z łącznym limitem 120 tysięcy dolarów. Sztuka polegała na tym, żeby otwierając kolejną linię kredytową, spłacić wymagane minimum na poprzednią, bo amerykański system bankowy skrupulatnie zapisuje wszystkie potknięcia. Udało mi się zachować w oczach amerykańskich bankierów nienaganną opinię. To był prawdziwy wyczyn.

Jan A.P. Kaczmarek i Agnieszka Holland

Amerykę otworzyła przed kompozytorem współpraca z Agnieszką Holland.

- Po „Całkowitym zaćmieniu” Agnieszki Holland wiedziałem, że jestem już po drugiej stronie rzeki. Honorarium przy następnym filmie było na tyle wysokie, że mogłem spłacić wszystkie długi i zacząć nowe życie. Muzykę do „Marzyciela” zacząłem nagrywać w Warszawie za własne pieniądze i na własne ryzyko, stając do walki z poważnymi konkurentami. Musiałem przekonać producentów, że to ja jestem idealnym kandydatem. Zaczynali mieć wątpliwości, czy kompozytor z Polski może napisać muzykę, która przynajmniej w połowie musi być lekka, beztroska, pełna ducha chłopięcej przygody itd. Nie miałem nic podobnego w dorobku, a chciałem zmienić mój wizerunek kompozytora dramatycznych form. Napisałem utwór, wynająłem orkiestrę i chór chłopięcy. Wysłałem nagranie do Hollywood i wygrałem. Polubiłem też napięcie pisania na czas. Wcześniej miałem wiele utworów w szufladzie, naszkicowanych, nieskończonych. Teraz mogę być wdzięczny losowi za to, że gdy narzuca się termin skończenia utworu, umysł przeżywa magiczny moment, popisuje się przed artystą i dzieło jest skończone.

Dla swojej fundacji wybrał nazwę Rozbitek.

Tak nazywa się miejscowość, w której ma działać Instytut. Poza tym Rozbitek od razu skojarzył mi się z Robinsonem Cruzoe. A to wcale nie była tragiczna postać. Wydaje mi się, że rozbitek może być bardzo szczęśliwym człowiekiem, któremu los dał szansę skupienia się na tym, co ważne.

Pierwszy w rodzinie muzykę do filmów komponował dziadek.

– Dziadek Kazimierz Maciński był skrzypkiem i miał mały zespół, kwintet fortepianowy, który grał aktualne przeboje do niemych filmów – wspominał kompozytor. – Gdy trzeba było, dziadek komponował coś własnego. Zmarł, kiedy miałem dziewięć lat. Nie mieliśmy za dużo czasu, żeby poważnie porozmawiać. Wprowadzał mnie w swój muzyczny świat, zabierał w kościele na chór, gdzie w uroczystych chwilach grał na skrzypcach. Przesiadywałem tam zdumiony odmiennością perspektywy, niewidoczny dla uczestników nabożeństwa. No i był jeszcze ten pełen tajemniczości moment wejścia po krętych schodach.

Pozostało 90% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Muzyka klasyczna
Warszawskie Towarzystwo Muzyczne. Rękopisy Chopina i Moniuszki nie będą wyrzucone
Materiał Promocyjny
Naszą siłą jest różnorodność
Muzyka klasyczna
Polka Ewa Bogusz-Moore będzie dyrektorką filharmonii w Niemczech
Muzyka klasyczna
Słynny francuski dyrygent oskarżony o molestowanie muzyków. To kolejna taka afera
Muzyka klasyczna
Kontrowersyjna prawnuczka Richarda Wagnera będzie dyrektorką w Bayreuth
Akcje Specjalne
Dekarbonizacja gospodarki bez wodoru będzie bardzo trudna
Muzyka klasyczna
Jan A. P. Kaczmarek. Marzyciel, który dostał Oscara
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży