Haitański pisarz Lyonel Trouillot zabiera nas w podróż po slamsach Port-au-Prince i pozwala zobaczyć je oczami chłopca. Losy jego małych bohaterów niezupełnie jednak przypominają filmowego „Slumdoga”, bo nie są baśnią i nie kończą się szczęśliwie.
W przeciwieństwie do brytyjskiego reżysera Danny’ego Boyle’a autor nie jest w świecie biedy gościem. Nie posłużył się efektownym stylem, nie ubarwił rzeczywistości, by przyciągnąć uwagę czytelnika z Zachodu. Pisze bezlitośnie i bez sentymentu, z miejsca wrzuca nas w wir wydarzeń i trzyma aż do nieuchronnego, smutnego finału. Tę małą książkę czyta się prędko i w całości, na przystanek czy oddech nie będzie czasu.
Już na pierwszej stronie mali bohaterowie, którzy właśnie dokonali zbrodni, wrzucają rzeczy do tobołka, zgarniają drobniaki i biegną. A my z nimi. Przez parne i wąskie uliczki, przez nigdy nieschnące kałuże ścieków, przeciskając się między ludźmi i blaszanymi chatami udającymi domy.
Tu każdy ich zna, każdy rozpozna – trzeba więc się przedrzeć do miasta. W centrum Port-au-Prince są anonimowi, wolni od rygorów, jakie narzuca życie w slamsach. Ale też odarci z tożsamości, bo w przypadku biedaków ma ona wymiar geograficzny. Wystarczy opuścić swoje terytorium i jest się nikim.
Spędzimy z dziećmi trzy dni wolności – zatrutej strachem, wyrzutami sumienia, szokiem, a mimo to – wspaniałej. Przez ten krótki czas życie będzie należało do nich.
Zanim oddadzą się w ręce policji, po raz pierwszy sami o sobie zdecydują – zobaczą stolicę Haiti z tarasu widokowego na wielkiej górze, wsiądą na rower. I będą mogli okazać sobie miłość, na którą w domu brakowało miejsca. Przez moment nie będzie ich tłamsić los dzieci ze slamsów, skazanych na beznadzieję, dziedziczoną pętlę ubóstwa i agresji.
O wszystkim opowiada mały, może dziesięcioletni, Colin. Opisuje ucieczkę i wcześniejsze życie rodziny jak najwspanialszy reportażysta: chłodno, spokojnie, bez ckliwości i ozdobników. Nie zatrzymuje się na pobieżnej rejestracji faktów, to skrupulatny narrator – niby unika dosłowności, ale mówi dość, byśmy zrozumieli, że jest nie tylko współwinny zbrodni. Jest także ofiarą. Odkąd pamięta, było tak samo: ojciec, niespełniony bokser, realizował się w domu, okładając na zmianę chłopca i jego matkę. Tylko córki nie miał odwagi bić, nie wiadomo – z miłości czy szacunku.
Niewiele było dzieciństwa w życiu Colina. Chłopiec ma w sobie przedwczesną dojrzałość, wypisaną na buzi powagę i smutek, jakie noszą mali mieszkańcy slamsów na całym świecie.
Jego opowieść nie pozwala się rozczulać, to byłoby łatwe. Lyonel Trouillot każe nam wysłuchać historii bohaterów do końca, w skupieniu i napięciu, byśmy zrozumieli, z jakiej rzeczywistości pochodzą.
Na niewielu stronach wypełnionych niezwykle precyzyjną i klarowną prozą autor prowadzi nas przez cywilizację ubóstwa. Sami zgubilibyśmy się w tych krętych uliczkach. Sami nie mielibyśmy odwagi w nie wejść. Dlatego warto skorzystać z okazji i pójść za tym znakomitym literackim przewodnikiem.