John Cornwell dość sprytnie wybrał sobie literacką niszę. No bo czy można wyobrazić sobie marketingowo lepszą sytuację niż ta, kiedy całkiem sumienne opracowania historyczno-naukowo-etyczne zyskują opakowanie rodem z tabloidowej sensacji? Napisał na przykład swego czasu Cornwell książkę wdzierającą się pod podszewkę zjawisk cudownych i tajemniczych. Nie było w niej zupełnie nic z taniego efekciarstwa spod znaku Dana Browna, raczej solidna dziennikarska próba opowiedzenia o zawikłanej historii zjawisk niewytłumaczalnych, o tym, jak dzieliły ludzi, inspirowały ich, czym je wyjaśniano i jak wykorzystywano w ideologicznych swadach. Słowem – rzecz niegłupia i poważna, ale odpowiednio dobrany tytuł – „Moce ciemności" – skutecznie zwielokrotnił sprzedaż, docierając do czytelnika, który zazwyczaj na widok książki popularnonaukowej dostawał wysypki.