Andrzej Meller
"Zenga, Zenga, czyli jak szczury zjadły króla Afryki"
The Facto
Później dodaje jeszcze coś o całodziennym nurkowaniu w krystalicznie czystej wodzie wśród indonezyjskich raf. Rozmarzyłem się. Bo jeśli o mnie chodzi, kiedy siły NATO zaatakowały Kaddafiego, siedziałem w redakcji, gapiłem się tępo w deszcz za oknem i dobiegał mnie głos z megafonu: „Do końca wydania zostało pół godziny. Proszę natychmiast przyspieszyć pracę".
Niewiele myśląc, pobiegłem do naczelnego, żeby wysłał mnie gdziekolwiek. Choćby do Somalii. Zrobię cykl reportaży, wydam potem książkę i będę żył sobie z tego na jednej z indonezyjskich wysepek. Nie dał się przekonać. Jak niepyszny wróciłem do rzeczywistości i zacząłem dalej czytać Mellera.
Na szczęście on także szybko wrócił do rzeczywistości. Nie minęły dwa miesiące i reporter porzucił rajskie rozkosze raf koralowych i udał się do Libii, przez którą przewalała się rewolucja, a reżim Kaddafiego co prawda drżał już, ale wciąż był daleki od zawalenia. Meller krąży w pobliżu linii frontu, obserwuje ostrzał, rozmawia z powstańcami, odwiedza szpitale – robi dokładnie to, co powinien robić w tej sytuacji zawodowy reporter. A jest – trzeba przyznać – reporterską maszyną. Wszystko musi zobaczyć, wszystkiego powąchać, posmakować i zdać relację. Bez głębszych przemyśleń, snucia prognoz i odwołań do historii – jak choćby u Haszczyńskiego czy Zawadzkiego. Jego reportaże dzieją się tu i teraz, to nie wysmakowana w stylu literatura, ale coś w rodzaju szorstkiego dokumentu sensacyjnego.
Co Meller zobaczył w Libii? Niby to, co wszyscy w telewizji – walki na ulicach, zburzone miasta, mnóstwo kalek i trupów, w tym ten najważniejszy, Kaddafiego. Ale widział to jednak od wewnątrz. Widział ludzi tak religijnych, że nie opłakiwali nawet straty synów, bo przecież są już w niebie. Widział małą dziewczynkę, której wybuch rakiety urwał nogę, a już kilka dni później ze śmiechem bawiła się lalkami, zdając się nie dostrzegać ubytku. Widział wreszcie ludzi, którzy otrząsnęli się z marazmu, w jaki wpędził ich reżim dyktatora i z dnia na dzień zamienili się w kipiący żywioł, który prędzej da się zniszczyć, niż oddać odzyskaną wolność. Ale bez patosu! Ten żywioł składa się ze zwyczajnych, pogodnych ludzi, dla których ta wolność stała się po prostu nagle czymś oczywistym.
„Proszę natychmiast przyspieszyć pracę!" – tubalny głos tradycyjnie ściągnął mnie na ziemię. Kiedy już na niej stanąłem, znów pomyślałem, że reporter wojenny to przyjemny zawód. Nie dość, że naoglądał się okropnych, ale też pięknych rzeczy, to jeszcze wydał dobrą książkę i pewnie znowu karmi sobie leniwie orangutany w jakimś egzotycznym raju.
Korespondencja Gustawa Herlinga-Grudzińskiego z Józefem „Żukiem” Opalskim „Zamieszkałbym w Krakowie…” ma charakt...
Nie dostał literackiego Nobla, ale to pewne, że był jednym z najwybitniejszych współczesnych pisarzy. Biografia...
Platon padł ofiarą wojen kulturowych na kampusach – donosi dziennik „Washington Post”, sygnalizując, że Texas A&...
Książka musi kosztować, bo to dobro kultury, nad którym pracuje wiele osób, zaś autorka czy autor często nawet k...