Kryminały retro mają się w Polsce wyjątkowo dobrze. Niedawno ukazała się nowa powieść Marka Krajewskiego, mistrza intryg osadzonych w przedwojennych metropoliach – Wrocławiu i Lwowie. Inny powieściopisarz Marcin Wroński z upodobaniem wraca do przedwojennego Lublina. Z kolei od Jacka Mateckiego – fotografika i ghostwritera – autora piszącego anonimowo dla innych, dostajemy niezwykle wciągającą opowieść o Warszawie z końcowego okresu zaborów.
Jest rok 1909 r. W pamięci warszawiaków wciąż tlą się wydarzenia rewolucji 1905 r., gdy kozacy rozganiali nahajkami demonstracje patriotyczno-socjalistyczne. Cztery lata po tamtych wydarzeniach miastem trzęsie przestępczy półświatek do spółki z carską ochraną, która ma swoich szpicli w co drugim urzędzie i na rogu każdej ulicy.
W takim klimacie poznajemy scenę głównych zdarzeń – dzielnicę żydowską, która zajmuje solidną część miasta, obejmującą część dzisiejszego Śródmieścia i Wolę. Matecki solidnie prześledził archiwa i mapy dawnej Warszawy. Dawne ulice zna jak swą własną kieszeń – kreśli zróżnicowaną urbanistykę Woli, dzieląc ją na część wschodnią, zdominowaną przez pobożnych Żydów wciąż wierzących w Boga. I zachodnią, gdzie robotnicy zamiast w synagogach gromadzą się na robotniczych wiecach.
W tejże barwnej i rozmaitej scenerii zaczyna ścielić się gęsto trup. Sprawca atakuje w piątkowe wieczory, czyli w żydowski szabat, a na ofiary wybiera młode dziewczyny. Fabułę śledzimy kolejno oczami różnych bohaterów. Jest wśród nich młody dziennikarz „Miesięcznika Mód i Opowieści" Adam Warszawski, lekarz medycyny sądowej Anton Buczyński i jego postępowa córka Agafia. Są także narratorzy z ciemnej strony mocy – skorumpowani pracownicy policji kryminalnej oraz carskiej ochrany.
Jak podpowiada pełny tytuł powieści „Prawda to marny interes a policja wie tylko tyle ile ludzie jej powiedzą" – Matecki w swoim debiucie ciąży w stronę czarnego kryminału, gdzie wszyscy są umoczeni, a sprawiedliwość kuleje.