Był przed dekadami włoski pisarz, który nie dość, że imponował erudycją, to jeszcze rozpalał wyobraźnię milionów czytelników na całym świecie. Jego debiut był tak intrygujący, że stał się kanwą niezwykle kasowej i popularnej ekranizacji, w której kościelnego detektywa zagrał sam Sean Connery znany z roli Jamesa Bonda.
Mowa oczywiście o Umberto Eco, autorze wydanej w 1980 roku powieści „Imię róży" opisującej tajemnicze zabójstwa w pewnym średniowiecznym klasztorze, osnutej wokół zaginionego dzieła Arystotelesa „Komedia". Ten ostatni motyw dla wielu czytelników był ważniejszy od śledztwa obnażającego niedoskonałości natury mnichów, grzesznych jak wszyscy śmiertelnicy. Czynił bowiem z sensacyjnej powieści trampolinę do poważniejszych rozważań na temat losów europejskiej cywilizacji, rozdartej między tym, co niesie ze sobą karnawał i post.
Minęły trzy dekady, poprzednia powieść Eco z 2010 roku – „Cmentarz w Pradze" oparta na motywie fałszerza dokumentów stawiających w negatywnym świetle Żydów – była, nie boję się tego słowa, tandetą: parodią tego, co Eco pisał na początku. Inna sprawa, że on sam został pożarty przez rewolucję literacką, którą wywołał. Publikując w 1988 roku „Wahadło Foucaulta", pamflet na spiskowe teorie dziejów i ich opętane obsesją ofiary, nie tylko w inteligentny sposób bawił się motywami np. templariuszy i masonów, ale wywołał też falę literackiej pornografii.
Jego następcy i epigoni to m.in. Dan Brown, autor „Kodu da Vinci", który podjął te same wątki co Eco, ale w prymitywnej i sensacyjnej formie. Historie alternatywne, w tym biografie najsłynniejszych postaci, zalały księgarskie półki. Włoski pisarz padł też ofiarą własnych erudycyjnych konstrukcji. Sięganie po jego książki przypominało ruletkę. „Wyspa dnia poprzedniego", której osnowę stanowiły wyprawy krzyżowe, nużyła czytelnika narracją grzęznącą w wielostronicowych opisach. Z kolei „Baudolino" była fascynującą podróżą przez świat wyobraźni ludzi średniowiecza.
„Temat na pierwszą stronę" nie jest arcydziełem. Wszyscy ci, którzy zachwycali się pierwszymi książkami Eco, mogą się czuć zawiedzeni tym, że lekka forma schlebia niskim gustom. Intrygujące są jednak temat, intryga i suspens stosowany zgodnie z klasycznymi zasadami tuż przed finałem.
Eco z wyczuciem opisuje zmierzch mediów, które wraz z końcem epoki Gutenberga, cyfryzacją i ekspansją internetu nie są źródłem informacji czy miejscem publicznej debaty, tylko dodatkiem do reklam. Stąd bierze się chwiejność publikatorów i brak niezależności. Ale jest też „Temat na pierwszą stronę" powieścią o tym, że żyjemy w świecie pozorów: to, co dla osób niewprowadzonych w kulisy gry wydaje się strategią, bywa tylko taktyką.
Mamy więc sytuację przez Eco ulubioną, bo zajmuje się on tym, co ukryte przed opinią publiczną. Na początku poznajemy tylko wierzchołek góry lodowej. Chodzi o przedsiębiorcę, który nie posiada tak dużych wpływów, jakie chciałby mieć. Pragnąc się dostać na salony władzy, wpada na pomysł założenia gazety „Jutro". Takiej, która ma nigdy się nie ukazać, a jedynie stanowić straszak właściciela na tych, z którymi chce być za pan brat.