Reklama

King Kong, czyli dobry dzikus w złym mieście

Rysownik Osvaldo Medina opowiada prawdziwą bajkę o pułapkach kariery.

Publikacja: 02.02.2016 16:43

Foto: materiały prasowe

„King Kong", filmowy klasyk z 1933 roku, dekadę temu doczekał się remake'u, który miał pobić kasowy rekord wszech czasów. Tak się nie stało. I oto kolejny śmiałek podjął temat, tym razem w wersji niemej.

Portugalski rysownik Osvaldo Medina (urodzony w Angoli w 1973 roku) tytułem komiksu nawiązuje do kultowego bohatera: „Kong The King".

W tym wydaniu historia kolosa z dżungli obywa się bez słów. Żadnych dymków, żadnego podpisu. Obrazkowa pantomima jest jednak wystarczająco czytelna. Do tego porywająco przedstawiona. Szybkie, dynamiczne kreski; wartka narracja; doskonała charakterystyka postaci. Dla podkręcenia klimatu minionych lat różne odcienie sepii użyte zamiast czerni.

Medina wykonał doskonałą dokumentacyjną robotę, osadzając fabułę w realiach amerykańskiego kryzysu, dbając o stosowny dla epoki kostium, rekwizyty i scenerię. Ba, nawet gesty i mimika – często przesadne – przywołują w pamięci filmy doby wielkiego kryzysu. Przyjemność oglądać.

Tę historię wszyscy znają: ona piękna, a on bestia. Na przekór kontrastowym warunkom zewnętrznym łączy ich uczucie. A także wiara w niematerialne wartości.

Reklama
Reklama

Podobnie jak w oryginale sprzed 83 lat akcja rozpoczyna się u brzegów dziewiczej Wyspy Czaszki. Przybija tu ekipa filmowców w nadziei na egzotyczne plenery i takąż przyrodę. Jest wśród nich urocza aktorka o nieskazitelnym ciele i czystej duszyczce. Jest również cyniczny reżyser o fizjonomii Clarka Gable'a.

Gorącą nocą gwiazda wymyka się z namiotu, by zażyć ożywczej kąpieli w pobliskiej zatoce. Wtem atakuje ją potwornych rozmiarów wąż! Na odsiecz młodej damie przybywa lokals – osobnik ponadludzkiej wielkości, choć człekokształtny. To on, Kong.

Uratowana przezeń z gadzich splotów piękność zaoferuje w zamian przyjaźń, co okaże się cenne dla jej zbawcy. Jednak nie bójmy się! Nie zostanie on, jak jego prototyp, zestrzelony z Empire State Building, którą to scenę uznano za jedną z „najlepszych kinowych scen śmierci".

Medina nie lubi horroru. Woli snuć pogodną bajkę, acz niepozbawioną morału.

To niejedyna różnica. Tym razem ciała kolosa nie porasta bujna sierść. Homolud jest bezwłosy, jedynie z czubka głowy wyrasta mu indiańska kitka. Kong ma prawie ludzką twarz, jednak dziwnie niepasującą do wielkiego cielska.

Gigant nie ma świadomości swej odmienności jako że dotychczas nie miał kontaktu z ludzkim gatunkiem. W tajemniczy sposób rozumie angielski i kojarzy, co się do niego mówi. Słucha relacji o Ameryce i zaczyna marzyć o poznaniu tej ziemi obiecanej, reżyser bowiem roztacza tęczowe wizje. Kolos ufa jak dziecko. A spryciarz knuje zdradziecki plan zbicia na dziwolągu fortuny. Tak też się dzieje. W Nowym Jorku zostaje gwiazdorem ekranu, lecz za cenę utraty niewinności. Na szczęście orientuje się, gdzie jego miejsce na ziemi. Wraca, skąd przybył. Dzięki komu, w jaki sposób? Tego nie zdradzę.

Reklama
Reklama

Ale zapewniam – album znakomity i dla odbiorcy w każdym wieku.

Literatura
Czego nie chciał opowiedzieć Milan Kundera
Literatura
Platon, Hemingway i Szekspir wyrzucani z listy lektur w USA
Literatura
Sonia Draga: Bez księgarń zubożejemy wszyscy
Literatura
Czy każdy sarmata był warchołem, pijakiem i awanturnikiem
Literatura
„Lewandowski. Prawdziwy”. Szokująco wspaniała biografia
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama