„Rzeczpospolita”: „Nie znam się na miłości” – powiedziała pani w jednym z wywiadów, a tu książka o tytule „Wiara” rozpoczynająca serię „Miłość leczy rany”. I jak tu wierzyć w brak występowania przypadków?

Katarzyna Bonda: Już chyba pan mnie zna i wie, że przekora to moja druga natura. Tytuł jest absolutnie przewrotny i nieprzypadkowy. Ten tom otwiera trylogię o przestępcach. W "Miłość leczy rany" postać wiodąca to morderca, na dodatek masowy. Do tej pory pisałam z perspektywy śledczego. Jego oczami patrzyłam na zdarzenie krytyczne, jakim jest zbrodnia. Zgłębiałam materię zła od strony poszukującego sprawcy, którego zadaniem jest przecież odsianie kłamstw od prawdy i znalezienie tropu, który doprowadzi do rozwiązania zagadki. Bardzo mnie zawsze kręciło odwrócenie tego mechanizmu i danie sobie szansy na gimnastykę umysłową oraz podniesienie poprzeczki, bo - nie oszukujmy się -  pisanie kolejnego kryminału, jeśli ma się na koncie ich kilka, jest już ścieżką stosunkowo utartą, a ja lubię nowe wyzwania i staram się za wszelką cenę utrudnić sobie działalność twórczą. Postawienie na starcie postaci, która wiadomo od początku, że jest winna zbroni (i nie jest to spojler) daje autorowi opowieści całkiem nowe możliwości, ale i ograniczenia, które trzeba pokonać. To zwyczajnie trudniejsze. Trup na starcie powieści kryminalnej ustawia wszystko. Potem idzie pan już, jak po sznurku. Tutaj musiałam zagadkę zbudować, że tak powiem od końca i na dodatek stworzyć jej rewers, by czytelnik mógł odczuwać napięcie, ale z innych zgoła przyczyn. Jak z tej zagwozdki wybrnęłam, nie mnie oceniać, lecz czytelnikowi. Sama miłość natomiast zrodziła się z pierwowzoru. Jest taka para, której miłość pokonała śmierć i dlatego też uznałam, że należy brać, co los daje i zmierzyć się także z tym, na czym się nie znam, czyli napisać powieść kryminalną, w której jedno z napięć dramatycznych wynika z sytuacji emocjonalnego związku.

Zazwyczaj to wiośnie przypisuje się porę, gdy rodzą się różne rzeczy. Skąd więc decyzja o tym, by nową serię rozpocząć jesienią?

To jest książka, którą wymyślałam najdłużej, bo 18 lat, a więc inkubacja można powiedzieć osiągnęła pełnoletność, natomiast sam zapis był najkrótszy - zaledwie rok. Jak na mnie to sprint w zapisie. Nie wiem jak to możliwe, ale pod koniec siedziałam przy komputerze prawie 36 godzin (bez spania, jedzenia, spacerów z psem itd.) Ci, którzy czytali powieść, twierdzą, że to czują. Ale musiałam ją zapisać w takim tempie, bo już i tak była to zdecydowanie przenoszona ciąża. A jeśli chodzi o porę roku, to nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Ludzie i książki rodzą się każdego dnia.

Jako, że w opisie pojawia się informacja, że historia wydarzyła się naprawdę, pojawia się pytanie, w jakim stopniu czytelnik zmierzy się z faktami, a w jakim z fikcją literacką?

Nie jest to historia Unkasa i Ani z Ząbkowic Śląskich (mieszkańcy Dolnego Śląska z pewnością znają tych Państwa), za co przepraszam ich w posłowiu. Wierzę, że fikcja literacka winna wznieść się na poziom meta, jeśli ma trzymać czytelnika za gardło i uruchamiać refleksje, działać na podświadomość. Książki czytamy dla emocji, jeśli jednak wiedza jest w tym pakiecie, zwykle czytelnicy nie narzekają. Oczywiście, że znajdą państwo w tej opowieści elementy prawdziwe, ale nie dotyczą one życia protoplastów (wręcz przeciwnie - dałam im zupełnie inne życiorysy oraz personalia), ale klimatu opowieści, egzotyki miejsca akcji - część fabuły rozgrywa się w Kazachstanie, który w naszym kraju z tego, co wiem nie jest zbyt popularnym kierunkiem wycieczek, ale liczę, że po lekturze wiele osób zapragnie poznać ten kraj, bo warto. Ja osobiście jestem zachwycona i to, co mnie uderza to rys wojownika, który my Polacy mamy wspólny z mieszkańcami tej części Azji. Mówię teraz poważnie. Nie wywodzimy się wprawdzie od Hunów, ale jesteśmy waleczni, mamy rebelię we krwi. No i honor. To ewidentnie jest połączeniem naszych narodów. Nie zdradzę, co jeszcze nowego napakowałam do tej fabuły, ponieważ odebrałabym czytelnikowi przyjemność z samodzielnego odkrywania kart, ale wiele się natrudziłam, by oddać atmosferę tej opowieści. Także przestrzeń tamtych lat - transformacja przebiegała tam bowiem jeszcze bardziej krwawo, niż u nas. Mafijne klimaty, tzw. krysza, czyli ochrona organów ścigania nad sprawcami przestępstw oraz łamane prawa człowieka. Jak widać jest to opowieść dosyć przygodowa, więc niech pan się nie da zwieść tytułowi. A dlaczego taki? No cóż, po lekturze sądzę, że będzie to jasne.

Jak zrodził się pomysł stworzenia książki zawierającej taką fabułę?

Z rzeczywistości. Jak każda opowieść, która wierci mi dziurę w brzuchu i domaga się obrobienia - przyszła do mnie przed laty. Jest taka para, której miłość pokonała śmierć. Prawdą jest, że do masowej zbrodni z użyciem kałasznikowa doszło, a pewna kobieta nie przestała wierzyć w swojego ukochanego nawet wtedy, kiedy dostarczono jej dokumenty z kazachstańskiej prokuratury. Miałam okazję spotkać się z Anią przed osiemnastu laty, gdy rozpoczynała walkę o Unkasa. Pojechałam też do więzienia, w którym siedział „masowy morderca z Kazachstanu – głowa tamtejszego gangu”, jak widniało w aktach. Rozmawiałam z nim przez kraty, bo jako „niebezpiecznemu przestępcy” pozwolono mu  mówić ze specjalnie do tego przygotowanej klatki. Ale wszyscy, którzy znają tych państwa, wiedzą, że Unkas to człowiek wielkiego hartu ducha. On sam opowiedział mi wtedy bardzo zdawkowo – jak przystoi każdemu mężczyźnie ze Wschodu – co się wydarzyło. Jeśli chodzi o resztę, odsyłam do powieści. Jak widać w tym przypadku zbrodnia i miłość nasuwały się same. Cały rys fabularny dotyczy zbrodni, ale napięcie dramaturgiczne nie jest budowane na klasycznym pytaniu w kryminale: "kto zabił", bo to wiemy od samego początku. Idzie o odkrycie, co tak naprawdę się zdarzyło i dlaczego. Fascynujące dla mnie w pracy nad tą powieścią było odkrywanie, co może popchnąć człowieka do zbrodni i czy morderca może być dobrym człowiekiem. Czytelnicy, którzy znają moje powieści poczują się, jak u siebie, bo mój styl zapisu się nie zmienił. Jest wiele płaszczyzn znaczeniowych, czasowych a także kontekstów kulturowych, bo akcja rozgrywa się w różnych miejscach. Nowością może być inne potraktowanie zagadki, bo ona oczywiście jest, jak w każdej porządnej powieści kryminalnej.

Jak wyglądał proces zbierania materiałów w porównaniu do poprzednich dzieł?

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Zgłoś swój projekt w konkursie dla startupów i innowacyjnych firm

WEŹ UDZIAŁ

Zabierałam się do napisania tej książki osiemnaście lat. To sporo, nawet biorąc pod uwagę mój czas zapisu i to, że lubię sobie książkę ułożyć w brzuchu. Dziesięć lat temu podpisałam umowę na tę książkę i ostro zabrałam się do zbierania informacji. Chciałam przygotować się solidnie, ale już na etapie dokumentacji okazało się, że to może nie być takie proste. Skracając: grożono mi, zhakowano dyski, wszelkimi sposobami starano się mnie przestraszyć, bym odpuściła temat. Skutecznie. Z bólem serca zdecydowalam się zaniechać pracy ze względu na bezpieczeństwo mojej rodziny. Wtedy zajęłam się serią "Cztery żywioły". Szczegółowo piszę o tym w posłowiu i bedę opowiadała na spotkaniach z czytelnikami.

W swoich mediach społecznościowych pisała pani, że to powrót do spisywania tej historii. Jakie czynniki zadecydowały, że Katarzyna Bonda sięga do szuflady po tę powieść i decyduje się ją wydać?

Dla mnie to domknięcie jakiegoś etapu w życiu. Czuję pewnego rodzaju ulgę, że jednak się nie poddałam. A dlaczego już nie obawiam się niczego w związku z tą historią? Ponieważ oprawiłam ją w zupełnie inne ramy, niż planowałam dziesięć lat temu. Musiałam dojrzeć - tak po ludzku i pisarsko, aby dźwignąć tę materię. Uważam, że na wszystko jest czas i nie należy nigdy niczego przyspieszać. To i tak się nie uda. Gdybym wtedy uparła się i napisała tamten thriller polityczny, bo taki był zamysł, możliwe, że nie byłoby mnie nie tylko na rynku księgarskim, ale nie wiem, jak by się to skończyło. Kuluary powstawania tej książki są iście szpiegowskie i żartów nie było. Z tych elementów nie zostało prawie nic w tej opowieści, którą państwu dziś serwuję, choć między wierszami to napięcie z pewnością będzie wyczuwalne. Jak wyszło, nie mnie już to oceniać.

Niewątpliwie zmieniły się czasy odkąd rozpoczęła pani pisanie „Miłość leczy rany”, ale czy zmieniła się mentalność Polaków?

Jedyną stałą w naszym życiu jest zmiana.

Grożenie autorce kryminałów do tej pory było raczej wymysłem scenarzystów, gdy ci mieli stworzyć historie do odcinków seriali, czy filmów z tego gatunku. Jednak tu nie mówimy o fikcji…

Kiedy przed laty siadałam do zapisu tej historii w Kazachstanie było bardzo gorąco. Zamieszki, fingowanie spraw, tortury w więzieniach, bezpodstawne aresztowania itd. Może pan się cofnąć do tekstów w prasie i sam pan pojmie, że oczy świata były zwrócone wtedy na Kazachstan. Nie bez przyczyny. Powinnam była mieć tego świadomość, że w tak gorącym momencie zabieranie się za fabułę, nie jest działaniem roztropnym, ale już pan wie, że ta historia siedziała mi w trzewiach od lat i te doniesienia tylko dolewały oliwy do tego mojego fabularnego ognia. Błąd popełniłam nie doceniając roli autora. Jak mi powiedziano: „gazeta może trafić do kosza, powieść zostanie w sercach czytelników na wieki”. To był klucz, dlaczego wywiad się tym zainteresował. Byłam wtedy nikomu nieznaną pisarką. Nie było tej Katarzyny Bondy, która sprzedaje miliony egzemplarzy, jest tłumaczona na kilkanaście języków i nie może zachowywać się skandalicznie na ulicy, bo może spotkać swojego czytelnika. Byłam anonimowa i uważałam to za swój atut. Swoją drogą bardzo tęsknię do tych czasów dokumentacji... Rozmawiałam więc z ludźmi, którzy poprosili o azyl w wyniku prześladowań, ich rodziny zostały rozbite, bliscy cierpieli w wyniku pomówień, czy sfingowanych procesów. Osobiście, na Skypie, telefonicznie, za pomocą komunikatorów internetowych i nie ukrywałam tego. Zgłębiałam też ten temat z działaczami organizacji walczących o prawa człowieka na tym terenie, spotykałam się z nimi znów w ich siedzibach i wcale nie miałam poczucia, że mogłabym być obserwowana, czy że na mój temat są gromadzone dane. Przypomnę może, że to było dawno temu. Programy szpiegowskie nie były tak popularne, nie było jeszcze ujawnionych afer podsłuchowych - to wszystko było dla cywila, jakim byłam, sprawą science fiction. Uważałam także - błędnie - że przecież nie jestem ani dziennikarką i nie stoi za mną żaden wiodący tytuł, więc nie jestem żadnym zagrożeniem dla nikogo. Pamiętam, że kiedy już po zhakowaniu dysków i pierwszych głuchych telefonach, a potem groźbach, spotkałam się z ludźmi, którzy przygotowywali raporty o Kazachstanie dla Brukseli. Byłam w szoku, kiedy mnie uświadomiono, że to jedynie działania prewencyjne. A to, co niebezpieczne, dopiero przede mną. Im na przykład w podobny sposób zhakowano i zniszczono 11 komputerów. W ciągu kilku godzin! Robiono to wyłącznie po to, by zabrać dane i sprawdzić, jaki jest poziom wiedzy oraz na ile to może rzutować negatywnie na postrzeganie kraju o jakim były te materiały przygotowywane. Tak samo było w moim przypadku. Nie miało to  na celu niczego innego, jedynie "łagodne przekonanie mnie", bym odpuściła temat.  Ale kiedy dzwonią do pana i mówią, o której i pod jaki adres zawiózł pan swoje dziecko, nie ma opcji, czuje pan grozę i już chojraka nie struga. Ja potrzebowałam takiego wstrząsu, bezpośredniej sugestii, że to nie zabawa, by sprawę odpuścić. Nie wiem, może gdybym była samotna i nie miała rodziny, postąpiłabym inaczej. Jest w materiałach wiele przykładów, że niesubordynowanych i upartych ludzi nigdy potem nie odnaleziono lub zginęli w wypadkach. Jeden z moich rozmówców po prostu zapadł się po ziemię, ponieważ upierał się, że mimo niebezpieczeństwa będzie jednak wydawał swoją gazetę, w której dokonywał srogiej krytyki. A był pod ochroną, w naszym kraju. Czuł się bardzo bezpiecznie. Do czasu.

W internecie gdzieniegdzie ukazywały się urywki, jak grożono pani. Myślę, że odpowiedź „dlaczego” jest oczywista, więc… Jakie środowiska nie chciały, by nastąpiła publikacja tej lektury?

Wiem, kto zabrał mi dane z komputera, bo oddałam wszystkie zhakowane urządzenia do analizy. Natomiast danych nie odzyskałam (kosztowało to tyle, że w tamtym momencie nie stać mnie było na taki wydatek, ledwie się pozbierałam po kosztach na dokumentację i zakupie nowych sprzętów). I chyba nie sądzi pan, że teraz powiem to kluczowe zdanie.

Nie, nie będę nakłaniał do powiedzenia tego. Odpowiem parafrazując słowa Janusza Gajosa z pierwszej części „Psów”: „Proponuję wznieść toast. Na pohybel wszystkim tym, co chcą ukrywać prawdę pod ziemią. To jest ładny toast, co?”

Nie ten wygrywa wojny, kto jest silniejszy, lecz ten, kto umie czekać.

Historia literatury, w tym polskiej, zna przypadki, gdy autor wydawał książkę, a cały nakład wykupywała jedna persona, czy firma. Nie obawia się pani, że tak może być i w tym przypadku?

Nie, gdyż jest to zupełnie inna historia, ubrana w inne rekwizyty i daleka od polityki. Może jedynie przyczynić się do szczerego zainteresowania mentalnością ludów Azji i co najwyżej zakupu biletu lotniczego do Ałmatów. A zło jest uniwersalne. Rzekłabym nawet demokratyczne. To tak jakby burmistrz Hajnówki chciał wykupić cały nakład „Okularnika”, a prezydent Gdańska – „Pochłaniacz”. Zresztą, życzę powodzenia, by zakupić milion egzemplarzy powieści, bo na taki druk jest przygotowany mój wydawca.

„Od kiedy to jesteśmy sojusznikami?” – pada pytanie od Rosjanina w tomie „Wiara”. Rzeczywiście, mimo zniesienia wiz, otworzenia granic, nadal ludźmi sterują podziały?

Ja wierzę tylko w jeden podział: odważny-tchórz. Przy tym odwagi nie mylmy z brawurą. Odwaga bierze się z szacunku do siebie i wysokiej samooceny. Znów jednak nie idzie o chełpliwość, czy egoizm. Prawdziwy bohater zawsze na początku się boi. Właśnie dlatego jest zdolny do wielkich czynów. Przekracza swój strach. Tylko głupi nie odczuwa motywującego niepokoju. Ta emocja pozwala nam szacować siły na zamiary, a potem to już tylko strategia i logistyka. A jeśli chodzi o zachowania ludzkie to jest pan albo myśliwym, albo ofiarą. Zawsze lepiej ruszać na polowanie, niż chować się w norze. Nawet gdy dochodzi do pojedynku może pan walczyć lub uciekać. To wszystko. Tak zresztą mówi droga wojownika. Każdy z nas ma go w sobie. Czasami tylko trzeba do tego dojrzeć.

„Myślę, że mecze z Niemcami traktujemy trochę inaczej…” – powiedział niegdyś Arkadiusz Milik. Patrząc na słowa reprezentanta Polski w piłce nożnej, należy się zgodzić z tezą, że polityka i przeszłość nierozerwalnie się wiążą?

Powieść to jest historia opowiedziana o losach ludzkich, które się zdarzyły. Nie ma znaczenia, czy akcja dzieje się wczoraj, czy też dwadzieścia, albo i sto milionów lat temu. To już było. Dlatego sięgamy po powieści, bo piszący je korzystają z dystansu jakie daje czas. Można spojrzeć na dawne wydarzenia inaczej, szerzej, jakby krążył pan helikopterem nad konkretnym terenem. Widzi pan wtedy wszystkie łączące postaci nitki, każdy z elementów prowadzących do tej sytuacji krytycznej (a tylko takie interesują powieściopisarzy), czyli genezę problemu, sam konflikt oraz jego skutki. Taka jest struktura każdej opowieści, to znaczy takich opowieści, jakie ja osobiście szanuję i które mnie porywają. To, że autor opowiada w czasie teraźniejszym, a nie przeszłym, jak w klasycznej powieści jest jedynie zabiegiem formalnym. Tylko powieść daje szeroki ogląd sytuacji, bo operuje wieloma punktami widzenia każdej z występujących postaci. I nie można pominąć tutaj historii, tła, a więc czasami i polityki, która wiąże się ściśle z miejscem akcji, jeśli rzecz dotyczy konkretnego kraju.

Gdzie jest polityka tam kończy się moralność?

Polityka to gra. Bardzo wyrafinowana i wymagająca ogromnej elastyczności. Trzeba być giętkim i zawierać sojusze. A z sojusznikiem nie musi się pan przyjaźnić. Wystarczy, że połączycie siły. On jest od tego, by iść ramię w ramię i zwiększyć prawdopodobieństwo wygranej. Macie wspólny cel. Poglądy i motywacje możecie mieć inne. Sztuka wojny dobrze to definiuje. W polityce nie ma też sytuacji zamkniętych. Każdą można odwrócić na własną korzyść. A im wyższy poziom zaawansowania graczy, tym bardziej wysublimowana i elegancka jest zmiana masek. Białe rękawiczki są bardzo pomocne. Za łby biorą się tylko słabi politycy niższego szczebla. Prawdziwi gracze umieją uniknąć rozlewu krwi. Myślę, że branie udziału w takim przedstawieniu może być fascynujące i też uzależnia. Przede wszystkim od adrenaliny. Każdy lubi wygrywać. Nie ma człowieka, który czekałby z utęsknieniem na porażki. Do polityki idą tygrysy, które z natury są drapieżcami. To komplement. Moralność natomiast bierze się ze środka. Człowiek, który ma sztywny kręgosłup nie pójdzie na ustępstwa, jeśli niezgodne są one z jego zasadami. Nie mówię, że nie można być moralnym w polityce, bo nigdy w tym środowisku nie walczyłam i sądzę, że da się to pogodzić, są zapewne takie przykłady, ale wiem jedno: jeśli masz twardy kodeks i trzymasz się go zaciekle, nawet wówczas, gdy świat jest ci wbrew, musisz czasami pogodzić się z przegraną bitwą i zaakceptować dominację silniejszego. Na szczęście los sprzyja uczciwym wobec siebie. Zawsze odpłaca w nawiązce.

"Co ty myślisz, że tu gra idzie o stołki...? Jak dorośniesz, to zrozumiesz, że polityka to nie jest dziennik telewizyjny! Polityka to jesteśmy my, tu, na tym wysypisku! I albo się stąd wydostaniemy, albo zostaniemy na zawsze..." - czytając "Wiarę" miałem wrażenie, że słowa Marka Kondrata z "Psów" pasują wręcz idealnie do książki... Jak na takie porównanie zapatruje się Katarzyna Bonda?"

Są takie sytuacje w życiu człowieka, że nie ma wyjścia i trzeba wziąć oręż w dłoń oraz zadawać ciosy, bo sytuacja mówi wtedy wyraźnie: walcz albo giń. Można to traktować metaforycznie. Kiedy los pana doświadcza ma pan zawsze wybór. Hart ducha to nie jest coś, co jest nam dane na zawsze. Jeśli posiada pan dumę i nie godzi się na upokorzenie, czasami trzeba po prostu zmiażdżyć przeciwnika. Wiadomo, że martwy jest mniej niebezpieczny, niż ranny, bo wcześniej czy później będzie się mścił. A na zemstę niektórzy potrafią czekać latami. Atak nastąpi w najmniej oczekiwanym momencie, właśnie kiedy jest pan słaby. Dlatego jeśli już idziesz walczyć, to wiedz, że musisz być "w prawie", ponieważ ofiary będą. Nigdy nie wolno iść do boju z powodu błahostek. Wtedy lepiej odwrócić się na pięcie i wyśmiać adwersarza. W sytuacjach ważkich natomiast należy pokazać siłę. Osobiście nie znoszę walki, ale kiedy widzę skierowaną w swoim kierunku broń, nigdy nie uciekam. Podejmuję rzuconą rękawicę i staję do pojedynku. Nigdy jednak sama nie atakuję. Staram się za wszelką cenę unikać konfliktów. One nie przynoszą niczego dobrego i cena zawsze jest sroga.

Odwołując się do tego tomu, zastanawiam się, czy ludzie się rozwijają, czy kształtują?

Ja wierzę tylko w transformowanie się. Nieustanne przeistaczanie, zawsze jednak w zgodzie ze sobą. Trzeba metaforycznie wówczas umrzeć, by się ponownie narodzić. A do tego potrzebny jest kryzys. W im większej jamie się pan znajdzie, a posiada hart ducha (każdy może go w sobie znaleźć, im słabsi jesteśmy paradoksalnie, tym jest łatwiej, bo nie ma innej drogi, tylko ta w górę), tym bardziej ta zmiana jest widoczna. Najpiękniejsze jest to, że to łączy się natychmiast z samooceną i szacunkiem do siebie. Zawsze kiedy pokonamy własne słabości, czujemy się obdarzeni mocą. Ona nie może być nam dana z zewnątrz i nie pojawia się z niczego. Ludzie bowiem rodzą się słabi i bezbronni. Życie uczy nas każdego dnia i od nas zależy, czy chcemy odrabiać te lekcje, czy bumelujemy. 

„Po szóste: uczyć się sądów sprawiedliwych” – parafrazując słowa Cezarego Pazury z „E=mc2”: a co to jest ta sprawiedliwość?

Jak mawiał mój śp. ojciec: "sprawiedliwie to nie znaczy, że po równo". Wszystko, każda istota, świat, nawet pogoda i światłocień - dążą nieustannie do równowagi, ale ona w ideale bywa jedynie chwilą. Żyjemy tak krótko, że jesteśmy w stanie dostrzec tylko fragment tego skomplikowanego algorytmu, jakim jest otaczająca nas rzeczywistość. Zwykle więc nie znamy przyczyn niektórych wydarzeń. Nie rozumiemy, jakie skutki przyniosą nasze obecne działania. Nie mówię o krótkiej chwili jaką jest średnia wieku - załóżmy dla przykładu - 70 lat. Mówimy o istnieniu ludzkości. Jeśli myśli się o rzeczywistości holistycznie, wszystko co było, jest i będzie. O tym także jest moja nowa opowieść.

„Ja jestem uczciwy sędzia. Zapłacili za 3:0, będzie 3:0” – w słowach Janusza Gajosa z „Piłkarskiego pokera” odnajdujemy sentencję, która wyjaśnia dlaczego ludzie kierują się tak różnymi motywami w czasie działania?

To jest piękna lekcja analizy śladów behawioralnych, którą zawsze musi wykonać psycholog śledczy, aby wykonać profil nieznanego sprawcy. Na nasze działanie wpływa bowiem tak wiele czynników, nie tylko ten moment "tu i teraz", a właściwie on nie ma znaczenia w momencie krytycznym, bo uogólniając na wszystko co mamy, zapracowaliśmy dotychczasowym życiem. Mamy wpływ tylko na przyszłość. Na to, kim będziemy. Dlatego należy inwestować nie tylko pieniądze, które zarabiamy, ale także swoje uczynki. Historie zbrodni tego nas uczą. To one ukazują nam wszak powieści kryminalne; że na nasze losy wpływa nasza dotychczasowa historia, doświadczenia, przeżyte emocje, ale też spuścizna generacyjna, historyczna i co ważne - nasze ambicje. One biorą się właśnie z tych elementów i to właśnie za sprawą ludzkich ambicji dochodzi do wielkich zdarzeń losowych: czy to jest wojna, czy odkrycie praw ciążenia. Człowiek może wszystko. Ma wolną wolę. Kiedy znajdzie się jednak w sytuacji krytycznej, na myślenie czasu nie ma. Działa, czasem dokonuje zbrodni, jak mój bohater, ale to, że tak postąpił wynika z jego przeszłych dokonań i bagażu doświadczeń przodków.

„Śnieżni ludzie pojawiają się tam, gdzie trwa wojna” – czytając sentencję rozpoczynającą książkę, zastanawiam się, gdzie pojawia i planuje pojawić się Katarzyna Bonda?

Najchętniej zamknęłabym się w domu i pracowała nad nową książką, którą mam obecnie ostro rozgrzebaną (czyli zajęłabym się moją osobistą wojenką z materiałem). Ale będę trochę jeździć i słuchać, co czytelnicy mają do powiedzenia po pierwszej lekturze z serii "Miłość leczy rany", bo to rzecz inna od tego co dotąd pisałam i przede wszystkim, co ukazuje się obecnie na polskim rynku pod szyldem powieści popularnej. Trudny moment nowego początku, ale nie ugnę się, nawet gdyby czytelnicy nie zaakceptowali mojej perspektywy w serii „Wiara-Nadzieja-Miłość”. Wierzę jednak po cichu, że przez te wszystkie lata, przygotowałam moich czytelników na taki rodzaj opowieści i mogę sobie po prostu na ryzyko pozwolić. Dostaję komentarze od osób, które książkę czytały. Wiem też, że koledzy po piórze nie szczędzą mi sceptycyzmu. Dziękuję im za to, bo jest to szczere. Ale ja działam w myśl zasady, że zwycięzcy robią to, czego innym się nie chce. Sukces nigdy nie przychodzi od razu. Trzeba go czasem wyszarpać pazurami od życia i zawsze bronić własnych przekonań. Nie ma innej drogi. Tylko sprawdzając się w nowym, pisarz ma szansę rozwijać skrzydła. A to, czy pofrunie od razu, nie jest gwarantowane. Wprawki i treningi są jednak konieczne, zanim ruszy pan w dłuższą drogę. Ja się nie boję. Już tyle razy zaczynałam życie na nowo, że sprawdzona mechanika w końcu zawsze działa.

„Żeby napisać jedną stronę dobrego tekstu, trzeba pierw przeczytać dwadzieścia stron dobrego tekstu” – patrząc na słowa Olgi Tokarczuk, zastanawiam się, jak dużo stron dobrego tekstu musiała przeczytać Katarzyna Bonda…

Do "Miłość leczy rany" zakupiłam i przeczytałam 181 książek dokumentalnych, historycznych, psychologicznych, kryminologicznych, o sztuce wojny, samurajach, popularnonaukowych o ludach Azji i krajach byłego bloku wschodniego. Czytałam też dzieła filozofów, traktaty buddyjskie, skrypty o szamanizmie czy czarostwie. Nie wymieniłam wszystkiego. Poza tym 43 tomy akt sprawy, która była pierwowzorem, raporty Amnesty International i innych organizacji walczących o prawa człowieka. Oraz klasyków. By napisać tę książkę musiałam wrócić do powieści, które napisali nieżyjący już twórcy. Chciałam, by ta opowieść miała w sobie rys XIX-wiecznej powieści realistycznej i musiałam sobie przypomnieć, do czego kiedyś ludziom służyła literatura. To dużo czy mało - nie mnie oceniać. Nawet kiedy siadałam do zapisu miałam poczucie, że wciąż nie wiem wszystkiego, ale termin gonił i musiałam stanąć w szranki z tą historią. Za wszelkie niedociągnięcia państwa przepraszam.