Kurt Weill żył 50 lat, przez całą pierwszą połowę XX wieku. W jego muzyce, a także w osobistych doświadczeniach odbijają się najważniejsze wydarzenia i konflikty tego stulecia. Urodził się w 1900 r., był synem rabina w Dessau i do żydowskich korzeni będzie niejednokrotnie wracał. Jako 15-letni chłopiec skomponował religijny chorał „Gebet”, potem pojechał na studia do Berlina, do wielkiej postaci niemieckiej muzyki, Engelberta Humperdincka. Od początku jednak buntował się przeciw tradycji, fascynowały go dokonania wiedeńskiej awangardy, której przewodził Arnold Schönberg.

Berlin z lat 20. ubiegłego stulecia był miastem otwartym i przyjaznym eksperymentom, więc Kurt Weill szybko uznany został za czołowego przedstawiciela nowej muzyki. A gdy w 1926 r. w Dreźnie doszło do premiery jego pierwszej opery „Der Protagonist”, Weilla nazwano także reformatorem teatru, który miał odwagę zerwać z wagnerowskim modelem dramatu muzycznego.

Kiedy w 1927 r. zaproponowano mu współpracę z Brechtem, to w tym tandemie Weill był postacią bardziej znaną. Razem stworzyli zaledwie kilka oper i sztuk muzycznych – „Wielkość i upadek miasta Mahagonny”, „Opera za trzy grosze”, „Happy End”, „Człowiek, który mówi tak” – ale to one dały im nieśmiertelność.

Obu zbliżyły lewicowe poglądy polityczne, krytyka systemu kapitalistycznego, a także podobne pojmowanie roli teatru. W songach z tekstami Brechta można zaś odnaleźć wszystkie najistotniejsze cechy twórczości Weilla, który jazz i muzykę popularną łączył z dokonaniami atonalnej awangardy, uwznioślając banał, a wyrafinowanym pomysłom nadając niesłychanie prosty kształt. Dlatego jego muzyka zawsze była komunikatywna, ale nie prostacka.

Gdy w początkach 1933 roku Adolf Hitler doszedł do władzy w Niemczech, Kurt Weill natychmiast schronił się w Paryżu. Jako Żyd i socjalista nie mógł liczyć na spokojną przyszłość. W 1934 roku naziści zorganizowali w Düsseldorfie wystawę „muzyki wynaturzonej”, a Weill był jej głównym bohaterem. Przychodziły tłumy, przede wszystkim po to, by po raz ostatni posłuchać jego utworów.

We Francji otrzymał zamówienie na balet dla zespołu George’a Balanchine’a. Po raz kolejny i ostatni nawiązał współpracę z Brechtem, zaangażował też byłą żonę, aktorkę i piosenkarkę, Lottę Lenya. Tak powstało słynne dziś dzieło „Siedem grzechów głównych”, które jednak na paryskiej prapremierze w 1933 r. nie odniosłyosukcesu. Samego Weilla bardziej w tym okresie pochłonął projekt wielkiego dramatu biblijnego „Der Weg der Verheissung”, w którym przedstawił tragiczne dzieje narodu żydowskiego. Do premiery pod angielskim tytułem „The Eternal Road” doszło dopiero w 1937 r. w USA, dokąd Kurt Weill wyemigrował z ponownie poślubioną Lottą Lenya.

W Ameryce znów znalazł się na szczycie, tym razem jako twórca musicali. Pierwszy – „Johny Johnson” – miał premierę w listopadzie 1936 r. Sukces był tak duży, że Ira Gershwin, który po śmierci swego brata George’a Gershwina wycofał się z teatru, zmienił decyzję i dla Weilla napisał sztukę „Lady in the Dark”. W Nowym Jorku zagrano ją prawie 800 razy. Potem był popularny musical „One Touch of Venus” z hitem „Speak Low”, opera „Street Scene”, czy kolejny musical „Lost in the Stars”, z przebojową piosenką tytułową.

Kurt Weill zmarł nagle na atak serca w 1950 r. Pozostawił projekt musicalu „Huck Finn” według powieści Marka Twaina. Jego dorobek twórczy do dziś wzbudza kontrowersje. Europejczycy uważają, że na zainteresowanie zasługuje tylko to, co powstało przed emigracją do USA, reszta jest muzyczną komercją. Amerykanie traktują Weilla jako swego wielkiego kompozytora, którego operę „Street Scene” stawiają na równi z „Porgy i Bess” Gershwina.