Dziś 80. rocznica urodzin Elizabeth Taylor. Jakie określenia najlepiej pasują do niej: gwiazda, świetna aktorka, symbol minionej epoki?
Wiesław Kot:
Na początku swojej kariery była przede wszystkim gwiazdą. W wieku dziesięciu lat zagrała w kultowym „Lessie wróć" i już wtedy została okrzyknięta tzw. american girl, czyli dziewczyną z sąsiedztwa, która potrafiła świetnie zaprezentować się na ekranie. Jednak nie była wtedy jeszcze aktorką najwyższych lotów.
Gwiazdą była też poza ekranem?
Wychodziła za mąż osiem razy, z czego dwa razy za Richarda Burtona. Małżeństwa te przeszły do historii jako tzw. cykl Burtonów – nieustanne sprzeczki, rozstania, powroty itd. Cała prasa bulwarowa była pełna przecieków z ich codziennego życia, a i oni chętnie dawali się podglądać fotoreporterom w bardzo intymnych sytuacjach.
Obnosiła się z bogactwem?
Jej garderoba do ostatnich filmów przypominała te olśniewające garderoby gwiazd kina z lat 20. i 30. Na plan filmowy przyjeżdżała zawsze dwoma limuzynami, towarzyszyli jej lekarz, kucharz, charakteryzatorka. Jednak w miarę upływu lat okazało się, że potrafi być świetną aktorką.
Kiedy to udowodniła?
Na pewno w filmie „Kto się boi Virginii Woolf", gdzie zagrała oszpeconą, zniekształconą i opuchniętą 40-letnią alkoholiczkę. Za tę rolę dostała Oscara.
Młode pokolenie w zasadzie nie wie, jak wyglądała Elizabeth Taylor. Dlaczego tak szybko o niej zapomnieliśmy?
Nic się w filmie tak szybko nie starzeje jak sposób gry aktorskiej. Gdyby dziś ktoś zagrał tak, jak grano w latach 50. i 60. – całym ciałem, by widz w ostatnim rzędzie zrozumiał, o co aktorowi chodzi, modulując głos i nienaturalnie gestykulując – to wyszlibyśmy z kina poirytowani. Dziś gra się raczej tylko delikatnie coś sugerując, jakimś ruchem warg czy wykrzywieniem powieki.
Taylor jest więc tylko historią kina?
Mówi się, że jej film „Kleopatra" z 1963 r. to ostatni film starego Hollywood. Ogromne dekoracje, wspaniałe kostiumy, a do tego krytyka śmiała się, że Kleopatra tak długo płynęła Nilem, aż dopłynęła do Hollywood. Wszystko było przesadzone i pompatyczne. To zdecydowanie należy już do historii kina. Publika lat 50. była mniej wyedukowana, oczekiwała rozrywki, a nie pokazywania problemów.