485 lat temu, 13 lipca 1527 roku, urodził się John Dee, angielski okultysta, nadworny astrolog Elżbiety I (zm. 1608 lub 1609). Tekst o inspirowanej jego życiem płycie - z tygodnika Uważam Rze

John Dee skończył dość marnie, ale większość życia udało mu się spędzić całkiem komfortowo na dworach XVI-wiecznej Europy, m.in. choć krótko, na polskim Stefana Batorego. Alchemicy byli zresztą towarem z reguły mile widzianym przez władców – nie kosztowali wiele, a ewentualna opcja transmutacji ołowiu w złoto czy stworzenia perpetuum mobile była zawsze kusząca. Pomijając już fakt, że ci dość pogardliwie dziś postrzegani protonaukowcy zazwyczaj byli jednak umysłami wybitnymi – dość wspomnieć Newtona – które dobrze opanowały również bardziej praktyczne umiejętności, jak medycyna czy astrologia.

John Dee miał wszystkie zalety dobrego alchemika i zakosztował sławy u boku królowej Elżbiety I, której protekcją cieszył się przez wiele lat. Nie udało mu się jednak zakosztować fortuny. Po śmierci monarchini został odsunięty od kręgów dworskich i zmarł w początkach XVII stulecia, klepiąc biedę gdzieś na Wyspach. Jak widać, nieszczęśnik nie wydarł naturze sekretu kamienia filozoficznego...

Cztery wieki później nie udało się to również Damonowi Albarnowi – muzyka stworzona przez niego do opery poświęconej życiu Johna Dee w każdym razie raczej nie zamieni się w złoto. Sam pomysł był niezły. Albarn wziął mianowicie na warsztat muzykę renesansową i pożenił ją z mu bliskim brytyjskim folkiem lat 60. Wbrew pozorom nie był to zabieg aż tak karkołomny. Tradycyjne melodie walijskich czy angielskich tawern mają zaskakująco długi żywot, a że na renesansowe dwory przynosili je wędrujący po wsiach i miastach minstrele, śmiało można doszukiwać się tu wspólnego źródła.

W przypadku Albarna rzecz okazała się dodatkowo ciekawa, bo do czystego folku wsypał parę szczypt barwnej psychodelii, tak jak przed nim robili to pod koniec lat 60. permanentnie odrealnieni muzycy pokroju Syda Barretta czy w ogóle wczesnego Pink Floyd albo Roberta Wyatta. I właśnie te momenty, gdy harmonie renesansowych pieśni mają coraz bardziej nieostre kontury, a klimat zaczyna przypominać jakiś groteskowo kolorowy sen, są najmocniejszymi punktami albumu. W nich Albarn czuje się najswobodniej, a muzyka nabiera na tyle dużo plastyczności, że nie trzeba oglądać opery, żeby mieć ją przed oczami.

Taka jednak jest tylko część płyty. Reszta materiału to brzmienia bardziej klasycznie operowe – z pięknymi orkiestracjami i imponującymi głosami śpiewaków. Kłopot w tym, że o ile jest Albarn świetnym kompozytorem kawałków rockowych, co udowadniał dziesiątki razy w składzie Blur czy kilka lat temu w projekcie The Good, the Bad & the Queen, o tyle jako twórca muzyki klasycznej ma jednak spore braki. Tematy skomponowane są bez polotu, a na domiar złego irytują nieznośnym patosem. Może prezentowane na scenie mają swoją siłę – opera zebrała niezłe recenzje – bez tej oprawy trącą jednak banałem.

I taka to płyta. Trudno skreślić ją jednoznacznie, bo w jakimś stopniu Albarn potwierdził klasę. Ale jednak tylko w takim, że warto czekać na jego kolejne rockowe wcielenie. Sam „Dr Dee" jako całość nie robi żadnego wrażenia.

Maj 2012