Kto z Polaków zasługuje, by wystąpić na światowej inauguracji Roku Witolda Lutosławskiego, która odbyła się w środę w londyńskiej Royal Festival Hall? Ten honor musiał przypaść Krystianowi Zimermanowi, dla którego kompozytor ćwierć wieku temu napisał koncert fortepianowy.
- Zwróciłem się do kilku wybitnych dyrygentów z propozycją, abyśmy w 2013 roku zagrali ten utwór. Wszyscy zgodzili się z entuzjazmem – opowiadał w Londynie. Początkowo chciał wykonać go w Warszawie dokładnie w setną rocznicę urodzin kompozytora, ale nierzetelność, jak twierdzi, rozliczeń jego trasy po Polsce w 2009 r. spowodowała, że po raz kolejny zrezygnował z przyjazdu. Dla Lutosławskiego Krystian Zimerman gotów jest wszakże zapomnieć o urazach. Trwają więc rozmowy o jego występie na tegorocznej Warszawskiej Jesieni, ale na razie unika jednoznacznej odpowiedzi, czy zakończą się szczęśliwie.
Trudno zaś się dziwić, że w Londynie, Paryżu czy Berlinie ofertę Krystiana Zimermana przyjęto natychmiast. Coraz trudniej namówić go na występy, a latem ubiegłego roku odwołał nawet przyjazd na festiwal do Salzburga.
Jest to utwór niezwykły, w którym Lutosławski znów udowodnił swą wielkość. Gdy inni kompozytorzy naszych czasów nie mają odwagi zmierzyć się z fortepianowym koncertem, on stworzył dzieło, w którym tradycja błyskotliwie i mądrze łączy się z nowoczesnością. W Royal Festival Hall od początku utwór urzekał urodą brzmienia, jaką na fortepianie potrafi osiągnąć tylko Krystian Zimerman. Ulotny jak mgiełka i perlisty dźwięk skontrastował z drapieżnymi partiami forte, a z tej zmienności klimatów powstała logiczna i pasjonująca całość.
– Słyszałem różne interpretacje tego koncertu – powiedział o występie muzykolog Charles Bodman Rae. – W ujęciu Zimermana ta muzyka wznosi się na zupełnie inny poziom.
– Gram ten utwór inaczej niż ćwierć wieku temu, teraz dostrzegam w nim dramatyzm będący odbiciem polskiej beznadziei lat 80. – mówił Zimerman. – Gdy zaś spotkałem się z Lutosławskim, by poznać świeżo ukończony koncert, spędziliśmy dziesięć godzin przy fortepianie, ale ciągle odczuwałem niedosyt. Liczyłem na dyskusję, on powtarzał, że skończył pracę, teraz ta muzyka należy do mnie.
Owacje w Londynie były żywiołowe, także dla Philharmonia Orchestra oraz jej szefa. Esa-Pekka Salonen od lat jest admiratorem twórczości Lutosławskiego, a ten wieczór ułożył oryginalnie. Najpierw był krótki film prezentujący m.in. rodzinne Drozdowo kompozytora, potem zinterpretowana przejmująco jego „Muzyka żałobna". A na finał rzadko wykonywana pełna wersja baletu „Dafnis i Chloe" Ravela, bo muzyka francuska była bliska Lutosławskiemu.
To był początek cyklu spotkań z jego utworami w Royal Festival Hall, do których Instytut Adama Mickiewicza doda inne zdarzenia, np. prezentację naszych młodych kompozytorów. A w marcu Esa-Pekka Salonen i Philharmonia Orchestra wystąpią w Warszawie.
Jacek Marczyński z Londynu