– Masłowska czmychnęła – powiedział reżyser po premierze w Teatrze Polskim o pisarce, która miała współtworzyć przedstawienie.
Europejski Kongres Kultury - czytaj więcej
Przez dwa miesiące lepił wraz z aktorami improwizację opartą na monologach i dialogach. Są transmitowane ze sceny i spoza niej na dwóch ekranach zawieszonych na wprost widzów – ponad linką dzielącą ich od aktorów, ale cienką jak nic nieznacząca kreska.
Podobne środki złożyły się na nowatorską formułę wcześniejszych spektakli „Factory 2", „Marilyn" i „Ciała Simone", w których Lupa poddał analizie współczesne życie duchowe i sztukę. Miał jednak mocny punkt wyjścia – biografie Warhola, Monroe i Weil. Teraz wykreował tylko sytuację początkową: wskutek fałszywego komunikatu na stacji kolejowej wysiada nocą grupa podróżnych oraz młodych aktorów wysłanych przez reżysera do Auschwitz przed próbami „Hamleta".
Zespół Teatru Polskiego ma do wypełnienia cztery godziny i gdyby nie znakomite aktorstwo, m.in. Haliny Rasiakówny, Ewy Skibińskiej, Anny Ilczuk, i kredyt zaufania dla reżysera – na widowni odbyłby się happening pt. „Zbiorowe wychodzenie z teatru". A tak, czekaliśmy jak idioci, co wyniknie z kolejnego etapu odkrywania zagadki człowieczeństwa.
O idiotyzmie spektaklu, raz kokieteryjnie, innym razem prowokacyjnie, wspominali aktorzy, namawiając, byśmy nie ograniczyli się do patrzenia, tylko włączyli do gry: obnażyli razem z nimi – w przenośni i dosłownie.
Wnioski są takie, że teatr daje sobie radę bez iluzji, jednak bez autora przypomina portal społecznościowy, gdzie wnikliwe obserwacje mieszają się z bełkotem, kabotyństwem i pornografią. Jednocześnie Lupie udało się zedrzeć z aktorów maski i kostiumy, by pokazać samotność człowieka. Coraz trudniej nam się porozumieć, szanować, kochać. Coraz częściej dominuje egoizm i pycha, które każą myśleć i mówić o sobie.
Tym samym reżyser dokopał się do korzeni aktorstwa w życiu i na scenie. W jednej z najlepszych sekwencji Anna Ilczuk wyznaje, że gdyby nie gra, świat byłby nie do wytrzymania. Nawet nie miałaby siły udawać, że kogoś kocha. Wstrząsa motyw Auschwitz: uświadamia zło ludzkiej natury i to, do czego prowadzi pokusa narzucania własnego porządku innym. Wojciech Ziemiański gra współczesną odmianę sfrustrowanego mieszczanina, który chce być mocnym człowiekiem. W finale wyciąga pistolet, by zmusić do moralnego zachowania zdegenerowanych, jego zdaniem, młodych ludzi.
Z pistoletem niemal przy głowie doceniamy wartość wolności. Ale oglądając pogoń za nowymi formami narracji, trudno nie zauważyć, jak kuriozalnie wygląda nagość aktorów, którzy po zdjęciu bielizny nie mogą uwolnić się z pasów przytrzymujących nadajniki mikroportów. Cóż, elektroniczne środki komunikacji podniecają niektórych bardziej niż seks.
Na tym tle wstrząsające wrażenie robi Krzesisława Dubielówna. W sukni do ziemi, z siwymi włosami spiętymi w kok mówi monolog matki nierozumiejącej, dlaczego syn przepada na Facebooku. Bez mikrofonu, własnym głosem. Oto człowiek.