Najhojniej obdarowała ją Maria Joao Pires. 70-letnia portugalska pianistka, której interpretacje zawsze są tak finezyjne zaskoczyła wszystkich w niedzielny wieczór wykonaniem IV Koncertu fortepianowego Beethovena. Zagrała z niesłychaną ekspresją, a romantyczne uniesienia splatały się z klasycystyczną lekkością. Jeśli ktoś sądzi, że wie już wszystko o sposobie gry legendarnej artystki, był z pewnością zaskoczony mocą dźwięku, jaki ta filigranowa kobieta potrafiła wydobyć ze Steinwaya.
To jednak nie wszystko, co przywiozła Maria Joao Pires, bo w piątek wraz z brazylijskim wiolonczelistą, Antonio Menesesem dodała porcję pełnej poezji muzyki kameralnej (Schubert, Brahms, Mendelssohn), którą już samodzielnie doprawiła trzema intermezzami Brahmsa. W tych utworach dostrzegła pełnego uroku liryka, który potrafi utrwalić ulotne nastroje. Rzadko kto tak odczytuje muzykę Brahmsa.
Był też super prezent od Marii Joao PIres. Po niedzielnym koncercie tuż przed północą niespodziewanie zaprosiła na estradę 18-letniego Jana Lisieckiego, by zagrać z nim na cztery ręce ländlera Schuberta. W ten sposób wielka dama światowej pianistyki dokonała artystycznej nobilitacji młodszego od niej o ponad pół wieku Polaka z Kanady.
Sam Jan Lisiecki też sprawił niespodziankę. Pokazał, że nie jest już cudownym chłopcem, ale artystą, gotowym podjąć poważne wyzwania. Występując w jednym wieczorze z Marią Joao Pires nie uląkł się rywalizacji. Zaoferował własną, ciekawą interpretację III Koncertu Beethovena, która przykuwała uwagę od pierwszych do ostatnich dźwięków. Obojgu zaś pianistom akompaniowała orkiestra AUKSO w taki sposób, że inne polskie zespoły mogą się od niej uczyć sztuki partnerowania. Ponadto trzynastu muzyków z AUKSO pod wodzą dyrygenta Marka Mosia w porywający sposób zagrało „Preludium i fugę" Lutosławskiego.
Prezent przywiózł też Piotr Anderszewski, w wieczór kameralny z Belcea Quartet wplatając niespodziewanie fortepianowy cykl „Po zarostlém chodníčku" Janáčka, który już zresztą grał w Warszawie. To jest muzyka, którą lubi, wręcz dowartościowuje swoją interpretacją, więc przyjęto ją znakomicie, ale koncert miał być przede wszystkim popisem wspólnego muzykowania i cudownych brzmień świetnego Belcea Quartet. Piotr Anderszewski dołączył do niego w przejmującym kwintecie Szostakowicza. Cala piątka pięknie zagrała na bis andante z koncertu fortepianowego Mozarta.
Prezent sprawiła Ewa Podleś żartobliwym wykonaniem na bis „Prząśniczki". Wszyscy znają ten utwór Moniuszki, tymczasem okazało się, że można zaśpiewać go inaczej. Cały jednak wieczór pieśni (Chopin, Karłowicz, Lutosławski, Brahms) pozostawił uczucie niedosytu. Czuło się, że między śpiewaczka a pianistką Ewą Pobłocką relacje są jedynie poprawne, brakowało wzajemnej inspiracji. Na dodatek Ewa Pobłocka zagrała też utwory Chopina i Brahmsa, jakby to był przykry obowiązek, bez cienia radości, jaką powinna dawać muzyka.
Sonda, jaka przeprowadziłem wśród stałych widzów festiwalu „Chopin i jego Europa", wykazała natomiast, że najgorszy prezent dała na inaugurację Rosyjska Orkiestra Narodowa. Ten rozreklamowany zespól okazał się bardzo oporny na współpracę z dyrygującym nim tego wieczoru Krzysztofem Pendereckim.