- Protest potrwa najwyżej dwie godziny, od 11.00. Staniemy w miejscu, gdzie zwykle i tak tworzy się korek – zapowiada Stanisław Skupień, przewodniczący „Solidarności" w Tatrzańskim Parku Narodowym. – Przyjadą przedstawiciele połowy parków z całego kraju - zapowiada. – Nie możemy już wytrzymać biedy, z jaką się borykamy.
Taki dotkliwy dla podróżujących zakopianką w czasie długiego weekendu protest związkowcy przygotowali z powodu problemów z przekazywaniem parkom pieniędzy na działalność z budżetu centralnego. Jak pisała „Rz", kłopoty zaczęły się po zmianie ustawy o finansach publicznych, gdy od początku roku zlikwidowano gospodarstwa pomocnicze, które parkom przynosiły dochody. Teraz nawet pieniądze ze sprzedaży biletów turystom trzeba natychmiast odprowadzać do budżetu państwa.
Środki na utrzymanie parków są z kolei przekazywane ze specjalnej rezerwy budżetu, ale docierają na miejsce z dużym opóźnieniem. – Nie możemy tego dłużej wytrzymać. Po niedawnym nagłośnieniu kłopotów parków wprawdzie kolejną transzę pieniędzy do nas przesłano, ale co będzie, jeśli na którymś szlaku dojdzie do małej katastrofy? Np. uderzy piorun albo gwałtowna burza go zniszczy? Nie będzie za co tego szybko naprawiać i porządkować. Być może taki szlak trzeba będzie zamknąć – ostrzega Skupień.
Rząd przygotował wprawdzie nowelizację ustawy o ochronie przyrody, która da parkom nową osobowość prawną i możliwość zarabiania pieniędzy, ale nie wiadomo, kiedy przepisami zajmie się Sejm – skarżą się związkowcy.
- Tak źle jeszcze nigdy nie było. Sytuacja jest chora, bo dotknął nas swoisty paraliż. My musimy przekazywać resortowi finansów zarobione środki natychmiast, w ciągu jednego dnia, a sami czekamy na pieniądze miesiącami. Jak mamy w takich warunkach chronić przyrodę? – mówi Tomasz Winnicki, dyrektor Bieszczadzkiego Parku Narodowego, który doskonale rozumie powody protestu związkowców.