Powrót Tuska skonsolidował rozpadającą się Koalicję Obywatelską, ale też wyznaczył jej szklany sufit. Nie przypadkiem PiS, idąc do władzy, wołał „Wina Tuska". Niepopularność Tuska nie wzięła się znikąd. Lista grzechów i zaniechań jest długa. Ograniczmy ją do siedmiu grzechów głównych.

Podział ludzi

Ten grzech Donald Tusk współdzieli z Jarosławem Kaczyńskim, bo obie partie wyrosły na wzajemnym konflikcie. Rzecz w tym, że Donald Tusk stanął po stronie młodych i bogatych, a Kaczyński po stronie starszych i biedniejszych. To od razu dało Kaczyńskiemu przewagę moralną, długo niezauważaną, ale w efekcie decydującą. Na jakim świecie większość Polaków będzie trzymać kciuki za tych, którym się powiodło?!

Czytaj więcej

Łukasz Warzecha: W obronie normalności

Jako zbiorowość uważamy, że sukces i porażka są ZAWSZE niezasłużone.

Nie bez znaczenia jest paradoks wychodzący ze wszystkich badań, że przeciętny Polak jest zadowolony ze swojego życia i uważa się za człowieka sukcesu, a Polskę jako całość za chodzącą katastrofę. Platforma, opowiadając Polakom, że państwo jest świetne, tylko oni są w większości do kitu, sama kopała sobie grób.

Podział Polski

Platforma szybko zrozumiała, że swoje sukcesy zawdzięcza wielkim miastom. W sytuacji rozproszenia politycznego te twarde 25–28 proc. wydawało się nie do pogardzenia. Reszta miała przyjść sama. Ale przyszła na chwilę i musiała odejść, bo ludzie przeciw swoim interesom głosują najwyżej raz czy dwa.

Upojona sukcesem Platforma doszła do wniosku, że dominacja w wielkich miastach jest trwałą receptą na sukces.

Autopromocja
Od 29.10 w "Rzeczpospolitej" i "Parkiecie"

Wszystko o zrównoważonym rozwoju i pozafinansowym raportowaniu spółek

Sprawdź szczegóły

Czytaj więcej

Donalda Tuska leniwe polityki uprawianie

Podzieliła też Polskę na światłą i ciemną: jak jesteś biedny, mieszkasz na prowincji, wierzysz w Boga, to umrzyj jak najszybciej, albo się przeprowadź do wielkiego miasta – krainy światłości.

Obrażali się na każdą grupę społeczną, która ich nie kochała, aż wreszcie odkroili z tortu, który dostali przypadkiem w 2007 r., wszystko, co było ponad to, co mają teraz.

Świadomie czy nie – byli karpiem głosującym za Bożym Narodzeniem.

Z wizją do lekarza

Platforma bardzo szybko stała się bezideową partią władzy. Sam Tusk dryfował na lewo, ale nie uważał za stosowne zakomunikować tego swojej bazie. Zamiast programowo kolekcjonować grupy społeczne, kolekcjonował osobowości ze strony przeciwnej, uważając, że to najszybszy sposób na podkradanie elektoratu. Popularny polityk rzeczywiście ciągnie za sobą swoich zwolenników, ale wkomponowując się w wielkomiejską partię władzy, stopniowo ich traci. Tusk i jego następcy uwierzyli jednak, że to najlepsza droga wygrywania wyborów. Stąd transfery z PiS Radosława Sikorskiego, Joanny Kluzik-Rostkowskiej, Michała Kamińskiego, Kazimierza Ujazdowskiego czy Pawła Kowala; z lewicy: Bartosza Arłukowicza i Barbary Nowackiej. Znalazło się też nieformalne miejsce dla lidera LPR Romana Giertycha czy resztek Nowoczesnej. W efekcie partia zaczęła przypominać Unię Wolności, która też miała ambicję posiadania własnej prawicy, lewicy i centrum. I w oczywisty sposób straciła możliwość posiadania programu, bo co łączy Nowacką z Giertychem oprócz nienawiści do PiS?

Tusk, jak to pokazuje jego słynna wypowiedź o wizji, nie wierzył w program, lecz w swoje zdolności kampanijne i siłę polaryzacji społecznej.

W efekcie w wyborach 2015 r. stało się coś niesłychanego: Platforma utraciła młodzież. Ta bowiem potrzebuje wizji jak kania dżdżu. Nie da się powiedzieć młodym ludziom szukającym swego miejsca w świecie: nie interesuj się niczym poza karierą i mamoną.

Upolitycznienie samorządów

To znowu grzech wspólny PiS i Platformy. Najsilniejszym graczom opłacało się polaryzowanie sceny politycznej na wszelkich poziomach, bo to wycinało konkurentów. Dzięki polaryzacji SLD z najsilniejszego gracza został zredukowany do bieda partyjki Czarzastego. Ale upolitycznienie samorządów było gwoździem do trumny rządów Platformy.

Czytaj więcej

Donald Tusk, lider Platformy Obywatelskiej
Sondaż: PO - prawica, lewica czy centrum? Co piąty Polak nie potrafi powiedzieć

W logice polaryzacji zyskiwali obaj gracze. PiS, praktycznie wcześniej nieistniejący w samorządach, w każdych wyborach odrabiał teren, a Platforma coraz bardziej zamykała się w wielkich miastach i na terenach bogatszych, czyli generalnie rzecz biorąc, dawnego zaboru pruskiego.

Imposybilizm

Nie mając programu, Platforma musiała płynąć z prądem. Ten prąd to Unia Europejska, a konkretnie Niemcy. Rząd Tuska w większości wypadków robił to, co reszta rządów europejskich, a gospodarczo podłączył nasz wagonik do lokomotywy, czyli Niemiec. W ten sposób podróżowaliśmy niejako za friko – np. w kryzysie 2008 r. skorzystaliśmy na bardzo bogatych działaniach osłonowych niemieckich, bo skoro nasza gospodarka podłączona była w dużej mierze do niemieckiej, to część pieniędzy przepływała do nas.

Wagonik jednak nigdy nie dogoni lokomotywy, zaś aspiracją Polaków, narodu nad wyraz przedsiębiorczego, było gonić, a nie się wozić.

Ponadto problemy Polski, kraju wychodzącego z komunizmu, były zupełnie inne niż dojrzałych tłustokracji Zachodu. Kopiując bogatych, utrwalaliśmy własną biedę. Wyrwać z letargu może nas tylko inicjatywa i oryginalność. Łatwo się wyśmiewać z pisowskiej koncepcji polskich czeboli; łatwo kpić z Izery, ale za kpiną musi iść kontrprogram. A tego Platforma nigdy nie miała.

Czytaj więcej

Ziobro: Tusk nie dopuszcza, że można się pięknie różnić. Chce wojny

Odpowiedź późnej PO na każdą inicjatywę to: nie da się, nie ma pieniędzy, nie ma jak. Jedyną kartą przetargową było twierdzenie – jak nie my, to będzie jeszcze gorzej. Ale tak się rządzić nie da. Zwłaszcza że diagnoza, że nic się nie da, była całkowicie błędna.

W czasach Tuska Polska rzekomo była zieloną wyspą, tymczasem wpływy z CIT, czyli podatków od zysków firm, w początkach rządów Platformy wynosiły 34 mld zł; pod koniec ich rządów spadły do 32 mld zł. Osiem lat rozwoju gospodarczego doprowadziło do znaczącego spadku wpływów budżetu z rozwoju firm. Dlaczego? Bo rząd się tym kompletnie nie interesował. PO proponowała Polakom trwanie w imię strachu, że bez nich będzie gorzej. Cóż za genialna strategia pozyskiwania ludzi, którym JUŻ było gorzej.

Gdyby PiS był normalną partią, a nie armią wodza, który koniecznie musi skłócić wszystkich ze wszystkimi i co chwila wymyślać urojone wojny, Platforma już nigdy nie powąchałaby władzy.

Likwidacja infrastruktury

To też temat na osobne opowiadanie i z braku miejsca takim go zostawmy. Ale jeśli ważny minister do spraw bezpieczeństwa Bartłomiej Sienkiewicz mówi o państwie: „ch..., dupa i kamieni kupa", to wie, co mówi.

Ucieczka

Znakiem rozpoznawczym Platformy były niespełnione obietnice. Oczywiście tłumaczone tym, że nic się nie da. Najbardziej jednak widocznym złamaniem paktu z wyborcami była ucieczka Tuska do Brukseli, odebrana przez większość jako przedłożenie osobistej kariery nad zobowiązania wobec wyborców.

Ponieważ Tusk skutecznie wycinał wszystkich w partii, którzy mieli niezależną pozycję, skazał nas na rządy miernot. Partię i rząd zostawił w rękach typowej BMW: biernej, miernej, ale wiernej Ewy Kopacz. Za jej plecami we wszystkich przekazach pojawiał się żywy dowód indyferentyzmu partii, czyli miłośnik Pinocheta i spin doctor Kaczyńskiego – Michał Kamiński.

Jedyną szansą Platformy w tamtym okresie było przekazanie partii Grzegorzowi Schetynie. Ale to by wymagało od Tuska przyznania się do błędu, a tego nie lubi tak samo, jak Jarosław Kaczyński.

Jeśli więc Donald Tusk chce przebić szklany sufit, musi zacząć od rachunku sumienia, przeprosin i PROGRAMU zadośćuczynienia. Musi skonfrontować się z prawdziwymi wyzwaniami.