21-letni Damian L., po niemal dwóch miesiącach, może opuścić areszt. Trafił tam po zamieszkach, jakie miały miejsce na Marszu Niepodległości. Zarzuty, jakie mu postawiono, dotyczą czynnej napaści na funkcjonariuszy. Grozi mu nawet 10 lat pozbawienia wolności.

Sąd Okręgowy w Jelenie Górze zdecydował jednak, że nie ma potrzeby stosowania wobec Damiana aresztu zapobiegawczego. - Sąd uznał, że to zbyt drastyczny środek w takiej sprawie stwierdził, że wystarczający będzie dozór policyjny i zgłaszanie się na komendę dwa razy w tygodniu - mówi "Rzeczpospolitej" mec. Maciej Wojciech Morawiec z zespołu prawnego stowarzyszenia Marsz Niepodległości, który reprezentuje Damiana.

Jak przyznaje, przeciwko oskarżonemu nie ma w zasadzie żadnych dowodów. - Materiał dowodowy opiera się praktyczne w całości na zeznaniach dwóch policjantów - tłumaczy Morawiec i dodaje, że okoliczności, które stara się podnosić, przeczą wersji policyjnej. - Przede wszystkim w momencie, gdy te starcia się rozgrywały, Damian był w autobusie. Nie tylko więc nie rzucał kamieniami, ale nawet nie był na miejscu tych wydarzeń - podkreśla.

Podobne argumenty podnosi Krzysztof Bosak, jeden organizatorów Marszu Niepodległości i wiceszef Ruchu Narodowego. - Policjant zeznaje, ze widział jak Damian go atakował. To jest wyssane z palca. Mamy zdjęcia, że w trakcie marszu był z całą grupą i niósł transparent - mówi "Rzeczpospolitej". Zarówno on, jak i Morawiec zgodnie przyznają, że policjanci nie zatrzymali Damiana podczas starć, ale wyciągnęli z autobusu, którym miał wracać do domu. - Jesteśmy przekonani, że jest wrabiany na podstawie fałszywych zeznań - podkreśla.

Bosak przyznaje jednak, że orzeczenie sądu go cieszy. - Cieszymy się, że Damian będzie mógł wrócić do domu. Organizowaliśmy akcję wysyłania mu kartek świątecznych do aresztu, ale nawet nie wiemy czy doszły, bo miał ograniczone prawo do otrzymywania przesyłek - zdradza "Rzeczpospolitej". - Teraz czeka nas jeszcze długa batalia o uniewinnienie - dodaje.