Oficjalne stanowisko Kremla brzmi: sytuacja w Katalonii to wewnętrzna sprawa królestwa Hiszpanii. Ale kremlowskie media i prokremlowscy blogerzy uwijają się, jak mogą, by wywołać zamieszanie, podając w wątpliwość nielegalny charakter katalońskiego referendum, strasząc wojną domową i wytykając Unii Europejskiej „podwójne standardy".
Te „podwójne standardy" mają dotyczyć niechęci UE i szerzej Zachodu do uznania prawa Katalończyków do samostanowienia przy jednoczesnej zgodzie na samostanowienie Albańczyków z Kosowa.
Najmniej dziwi reakcja Serbii, która nie godzi się z utratą Kosowa. Jej prezydent Aleksandar Vučić i szef MSZ Ivica Dačić też zarzucili w zeszłym tygodniu znacznej części świata zachodniego stosowanie podwójnych standardów. Minister Dačić dodał do tego, że uznanie niepodległości Kosowa „otworzyło puszkę Pandory", a mimo to UE nie chce się przyznać do błędu.
I faktycznie, z dzisiejszego punktu widzenia uznanie, że Albańczycy z Kosowa mają prawo do własnego państwa, nie wygląda dobrze. Stało się to – i tak się tłumaczy UE – w wyjątkowych okolicznościach. Były wyjątkowe, wojna o Kosowo, do której doszło po długich represjach ze strony nacjonalistów z Belgradu, to tysiące ofiar (znacznie więcej albańskich niż serbskich), setki tysięcy przesiedlonych.
Po eksplozji nienawiści współżycie Albańczyków, z którymi jako prześladowanymi wcześniej przez lata i słabszymi identyfikowała się zachodnia opinia publiczna, i Serbów wydawało się niezwykle trudne, jeżeli nie niemożliwe. Albańczycy z Kosowa dostali więc zgodę na niepodległość od najważniejszych graczy Zachodu. W tle czaiła się brukselska obietnica – Kosowo i Serbia spotkają się razem w Unii Europejskiej, granice nie będą miały znaczenia i wszystko będzie w porządku.
Kosowo ogłosiło niepodległość w 2008 roku. Jednak nawet o odległym w czasie członkostwie w UE nikt poważny teraz nie mówi. A w Serbii poczucie krzywdy narasta, wzmacniając nacjonalistów i opcję prorosyjską. Włączenie Kosowa do UE jest mniej prawdopodobne niż połączenie go z Albanią. A to drugie by oznaczało, że realizacja w Europie wizji wielkich państw, w tym wielkiej Albanii, jest możliwa. Strach myśleć o konsekwencjach. Warto przypomnieć, że Albania jest członkiem NATO.
Politycy dominujących w Tiranie od ćwierćwiecza partii, Socjalistycznej i Demokratycznej, różnią się prawie we wszystkim, ale nie w tej kwestii: połączenie Albanii i Kosowa uznają za nieuniknione. W 2015 socjalistyczny premier Edi Rama (jest nim do dziś) powiedział, że do zjednoczenia dojdzie niezależnie od tego, czy oba kraje znajdą się w UE, czy też gdy się przekonają, że nie mają na to szans.
Uznanie niepodległości Kosowa przez USA i znaczną część UE zostało natychmiast wykorzystane przez Rosję w praktyce. W 2008 roku, powołując się na Kosowo, niepodległość ogłosiły separatystyczne republiki w granicach Gruzji – Osetia Południowa i Abchazja. Rosja zaś chętnie je uznała. Poza nią uczyniły to tylko trzy państwa. A niepodległość Kosowa – ponad setka krajów, w tym 23 z UE (poza, co szczególnie istotne w tej opowieści, Hiszpanią oraz Słowacją, Grecją, Rumunią i Cyprem). Zachód to starcie wygrał. Ale uznanie niepodległości Kosowa będzie się odbijało czkawką. Raz naruszona zasada jest później podważana. A zasada brzmi: poza światem postkolonialnym nie uznaje się niepodległości, jeżeli nie godzą się na to obie strony – w tym ta, która traci terytorium.