Nie ma wątpliwości, że sprawa wymaga wyjaśnienia. Pełnomocnik mężczyzny – mec. Artur Nowak – zgłosił sprawę organom ścigania, by mimo przedawnienia się czynu (do wykorzystania miało dojść w roku 1992) został on przesłuchany w obecności biegłego psychologa. Jeśli rzeczywiście doszło do wykorzystania, a sprawa jest przedawniona, biskup nie poniesie żadnej odpowiedzialności karnej. Wyciągnięcie ewentualnych konsekwencji jest jednak możliwe na gruncie prawa kanonicznego. Czas przedawnienia czynu wykorzystywania liczony jest w nim inaczej aniżeli w prawie cywilnym – przestępstwo seksualne na szkodę osoby małoletniej przedawnia się po 20 latach od momentu osiągnięcia przez ofiarę pełnoletności, a więc w momencie gdy skończy ona 38 lat. Mężczyzna, który twierdzi, że został przez obecnego biskupa poszkodowany tyle lat właśnie ma, ale prawo kościelne zakłada uchylenie przedawnienia.

Czytaj więcej

Tomasz Krzyżak: Pułapka nieprecyzyjnego raportu o pedofilii

Pełnomocnik pokrzywdzonego w rozmowie z „Newsweekiem” oświadczył, że jego klient nie będzie brał „udziału w postępowaniu kościelnym, bo sądownictwo kościelne to jakaś groteska”. Mimo tego strona kościelna winna postępowanie wyjaśniające podjąć. Nie jest do tego potrzebne żadne zawiadomienie od poszkodowanego lub jego pełnomocnika. Wiadomość o możliwym przestępstwie może bowiem pochodzić z różnych źródeł, w tym środków masowego przekazu. Dochodzenie wstępne należy podjąć z urzędu i winien to w omawianym tu przypadku zrobić metropolita wrocławski, w skład której wchodzi diecezja świdnicka. Powinien on za pośrednictwem nuncjusza apostolskiego zwrócić się do Kongregacji Nauki Wiary z prośbą o powierzenie mu zadania przeprowadzenia dochodzenia wstępnego, a następnie takowe przeprowadzić i wysłać do Watykanu swoje ustalenia. O postepowanie wyjaśniające może też prosić sam oskarżany. Warto przy tym pamiętać, że Kościół może swojej procedury nie uruchamiać od razu, ale rozpocząć ją dopiero po tym jak swoje prace zakończy prokuratura. Wynik jej pracy jest wówczas istotny w postępowaniu kanonicznym.

Przepisy kościelne stwierdzają, że oskarżanego duchownego powinno odsunąć się od posługi do czasu wyjaśnienia sprawy. Działanie takie jest obligatoryjne w odniesieniu do przestępstw, które popełniono w niedalekiej przeszłości. W odniesieniu do przestępstw sprzed wielu lat ograniczenia można, ale nie trzeba, stosować. Decyzję oddaje się osądowi prowadzącego postępowanie. W odniesieniu do podejrzanego, którym jest biskup przepis powiada: „Ilekroć wymagają tego fakty lub okoliczności, metropolita proponuje kompetentnej dykasterii zastosowanie odpowiednich przedsięwzięć lub środków zapobiegawczych wobec podejrzanego”.

Czytaj więcej

Kościół przejmuje inicjatywę. Katolickie uczelnie kształcą ekspertów od ochrony małoletnich

W tej konkretnej sytuacji wydaje się, że do czasu wyjaśnienia zarzutów biskup powinien co najmniej ograniczyć swoją aktywność. Ale decyzję o ewentualnym odsunięciu go od zadań podejmuje Watykan – takie sytuacje w Polsce już były, dość wspomnieć niedawny przypadek biskupa Szkodonia.

Biskup, któremu udowodnione zostanie przestępstwo, może stracić stanowisko, a nawet zostać usunięty ze stanu duchownego. Ale jeśli zarzuty zostaną uznane za nieprawdziwe należy zrobić wszystko, by przywrócić mu dobre imię.

Oczywistym jest, że dla samego biskupa Mendyka, jak i całej wspólnoty Kościoła, dobrze byłoby aby sprawa zakończyła się szybko. Teoretycznie przepisy mówią o tym, że dochodzenie wstępne nie powinno trać dłużej niż 90 dni, ale nie wspominają o terminach jakie ma Watykan. A to – patrząc na kilka przypadków z Polski – istna pięta achillesowa. Sprawy pozostają bez rozstrzygnięcia przez lata. To zaś powoduje, że opinia publiczna ma wrażenie, iż są one prowadzone nierzetelnie. W tym przypadku – mając na uwadze fakt – że sprawa dotyczy ordynariusza diecezji, Watykan winien działać bez zwłoki. Akurat w tym wypadku kościelne młyny powinny mielić szybko.