– Szczerze wierzę, że pokój to sposób życia, a wojna jest po prostu formą śmierci – mówił dwa lata temu etiopski premier Abyi Ahmed Ali, gdy odbierał Pokojową Nagrodę Nobla.

Wtedy, po roku rządów udało mu się zakończyć wojnę z Erytreą, ciągnącą się z przerwami od połowy lat 70. Ale koniec jednego konfliktu doprowadził do następnego. Dotychczas ponad dwa miliony ludzi uciekły przed działaniami wojennymi wojsk rządowych przeciw tigrajskim separatystom, z tego co najmniej 800 tysięcy do sąsiedniego Sudanu.

Rzeczpospolita

Teraz rebelianci atakują w kierunku stolicy Addis Abeby, a obie strony oskarżane są o dokonywanie zbrodni wojennych. Ofiary liczone są w tysiącach, głównie z powodu głodu w prowincji Tigraj blokowanej przez wojska rządowe.

Po zakończeniu konfliktu z Erytreą premier Abyi chciał uporządkować sprawy wewnętrzne w drugim najludniejszym państwie Afryki, który zaczął się burzliwie rozwijać. Jednak próba ograniczenia władzy poszczególnych grup etnicznych w prowincjach równo rok temu doprowadziła do starcia z Tigrajczykami. Mimo że stanowią tylko 6 proc. mieszkańców, przez dziesięciolecia dominowali w armii i centralnym aparacie państwowym. Sami siebie uważają za najlepszych wojowników Etiopii.

Dwie opcje

28 listopada ubiegłego roku armia zajęła Mekelle, stolicę ich zbuntowanej prowincji, a premier stwierdził, że wojna jest skończona. Pół roku później wojska rządowe utraciły miasto. Jednocześnie Tigrajski Ludowy Front Wyzwolenia zaatakował sąsiednie prowincje. W Amharze zostali powstrzymani przez wojska rządowe. Zablokowani z jednej strony, w zeszłym tygodniu uderzyli na południe, w kierunku stolicy.

– Istnieją dwie opcje. Tigrajczycy zostaną pokonani, a rząd centralny uratowany. Albo gorszy scenariusz, że zdobywają Addis Abebę i wtedy sami będą musieli prowadzić wojnę domową z całym narodem – powiedział dziennikarzom jeden z Amharczyków, który uciekł do stolicy przed separatystami. Do TPLF dołączyło już co najmniej osiem separatystycznych organizacji z innych prowincji. Na szczęście dla rządu centralnego są niezbyt liczne.

Ale po ciężkich, tygodniowych walkach Tigrajczycy zdobyli miejscowość Dessie, ok. 400 kilometrów na północ od stolicy. To jeszcze daleko od miasta, ale przecięta została droga łącząca Addis Abebę z sąsiednim państewkiem Dżibuti. Tam znajdują się bazy wojskowe kilku państw (w tym Chin), jak się zdaje, Tigrajczykom udało się w ten sposób przełamać trwającą od roku blokadę i teraz zaczną dostawać transporty broni z zewnątrz.

Upadające państwo

W odpowiedzi na utratę Dessi premier Abyi Ahmed Ali wprowadził stan wojenny na terenie całego kraju i ogłosił powszechną mobilizację. „Wzywam wszystkich do jedności i obrony Etiopii" – napisał na Twitterze.

– Początkowo konflikt opisywano jako operację sił porządkowych, która potrwa kilka tygodni. Po roku zdegenerował się w brutalną wojnę, której celem jest złamanie Tigraju, pojawiają się nawet głosy o wyeliminowaniu całej grupy etnicznej – inaczej przedstawił wojnę kanadyjski ekspert Awet Weldemichael.

Bojąc się perspektywy całkowitego rozpadu Etiopii, sąsiedzi rozpaczliwie próbują mediować w konflikcie. Ale dotychczas nie udało się to Unii Afrykańskiej, Kenii, Ugandzie, a nawet USA. Za to wojna rozpełza się poza granice kraju. W sąsiednim Sudanie doszło do starć miejscowych żołnierzy z Etiopczykami, którzy twierdzili, że ścigali oddziały Tigrajczyków. Możliwe, że część pogranicznej pustyni została zajęta przez oddziały etiopskie. W Somalii (która sama jest czymś w rodzaju „państwa upadłego") wybuchły walki w oddziałach etiopskich wchodzących w skład afrykańskich oddziałów pokojowych: część żołnierzy próbowała rozbroić kolegów-Tigrajczyków. W wojnę już zaangażowała się sąsiednia Erytrea – po stronie rządu centralnego.

– Biorąc pod uwagę wiele aspektów funkcjonowania państwa, można powiedzieć, że Etiopia już częściowo przestała istnieć – sądzi Awet Weldemichael.